f Sterta Gier
  • Wesprzyj Rycerzy w walcę o ufundowanie gry!

21 maj 2019

Z żółwiami w plecaku! - recenzja gry Pędzące Żółwie Gra Karciana


Planszówek o ścigających się zwierzakach jest już sporo na rynku. Rozprawialiśmy kiedyś o Żółwiach z Galapagos czy Pędzących Ślimakach. Jako że do wakacji zostało niewiele czasu, to wydawnictwo Egmont pomyślało o graczach, którzy planują wyjazdy. I tak oto Pędzące Żółwie Gra Karciana to tytuł z serii Gry do plecaka".

Jak mówi sama nazwa, jest to karciana wersja Pędzących Żółwi tego samego wydawnictwa. Tytuł ten jest przeznaczony dla 2-5 graczy w wieku 5+. Jeśli graliście i podobała wam się pierwsza wersja Żółwi, to ta wariacja również przypadnie wam do gustu. W grze sterujemy gromadką żółwi, które stanęły w wyścigu po soczystą i zieloną sałatę. Przez całą rozgrywkę staramy się, aby nasz żółw zajął jak najlepszą pozycję na mecie. Jednak kolory sympatycznych gadów są tajne i do samego końca nie wiemy, który żółw przynależy do którego gracza.

Jak na serię Gry do plecaka" przystało, Pędzące Żółwie Gra Karciana bardzo dobrze spełniają ten warunek. W małym pudełku, które śmiało zmieści się do najbardziej wypchanego plecaka, znajdziemy talię Kart oraz Kafelki Żółwi. Karty dzielą się na te w dedykowanych kolorach żółwi, wielokolorowe jokery, karty strząsania, sałaty oraz karty koloru, na podstawie których gracze wiedzą, którym żółwiem sterują. Wszystko jest utrzymane w ładnej wiosennej kolorystyce. Karty mogłyby być wykonane z trochę twardszego papieru, ale obecny materiał jest wystarczający. Przetrwa niejedną podróż w plecaku i niejedną rozgrywkę na łące, plaży czy też w lesie.

Dobrze, jak zatem te małe głodne zwierzaki będą się ścigać o sałatę? Otóż tasujemy kafle żółwi i rozkładamy je na środku stołu, koca lub innego podłoża, w zależności od tego, gdzie najdzie was ochota na partyjkę gry. Następnie rozdajemy 1 kartę koloru wszystkim uczestnikom, a niewykorzystane chowamy do pudełeczka. Ostatnim krokiem przygotowania jest rozdanie 5 kart ruchu grającym. Jesteście gotowi do wyścigu o sałatę! W swojej turze gracz wykonuje dwie następujące akcje: zagrywa jedną kartę ruchu z ręki i wykonuje przypisane do niej działanie, a następnie dobiera ze wspólnego stosu jeden kartonik, tak aby zawsze na ręku posiadać 5 kart. Karty ruchu pozwalają przemieszczać konkretne żółwie o tyle miejsc, ile wskazuje podana na nich liczba. Na przykład zagrywając Kartę Ruchu z czerwonym żółwiem i trzema plusami, przesuwamy tego zwierzaka o dokładnie tyle miejsc w wyścigu. Ta sama zasada dotyczy karty z minusami, tylko wtedy cofamy żółwie. Karty wielokolorowe, tak zwane jokery, pozwalają poruszać dowolnych podopiecznych. Może się zdarzyć tak, że żółw skończy swój ruch na miejscu innego. Wskakuje mu wtedy na skorupę i kontynuuje wyścig, wtedy gdy sam zostanie poruszony, a także, kiedy ktoś poruszy żółwia pod nim. Może się zdarzyć, że jeden żółw może przenieść nawet kilku kolegów naraz! Ale spokojnie, żeby nasze zwierzaki nie miały zbyt ciężko, to istnieje karta strząsania — pozwala ona pozbyć się wszystkich pasażerów na gapę z wybranego żółwia. Taki wyścig trwa do momentu, aż zostanie pociągnięta trzecia karta sałaty. Wygrywa gracz, którego gad jest na pierwszym miejscu. Gdy jednak kilka żółwi w stosie zajmuje pierwsze miejsce — wygrywa ten, który jest najniżej.

Pędzące Żółwie Gra Karciana to młodszy i mniejszy odpowiednik wydanej przed laty gry planszowej o tym samym tytule - Pędzące żółwie. Wniósł on wtedy potężną dawkę dyskusji na temat nowoczesnych gier planszowych dla dzieci wśród graczy i rodziców. Nie dziwi nas więc decyzja wydawnictwa Egmont o wydaniu jej kieszonkowej wersji. Pędzące Żółwie Gra Karciana to świetna gierka dla młodszych jak i starszych. Jest to świetna pozycja do przełamania pierwszych lodów, czy to na obozach, czy koloniach. Doskonale sprawdzi się również jako tytuł wprowadzający w świat gier karcianych i planszowych.

W drodze do zwycięstwa najważniejszy jest spryt i blef. I oczywiście nie chcemy tutaj zachęcać dzieci do kłamania. Jednak gierka daje możliwość rozwoju logicznego myślenia, by tak sterować żółwiami, aby przeciwnik dał się wprowadzić w błąd i myślał, że sterujemy innym zwierzakiem. A w rzeczywistości podpuszczamy oponentów, aby sterowali naszym pancernym podopiecznym.

Serdecznie polecamy grę Pędzące Żółwie Gra Karciana wydawnictwa Egmont. Jeśli szukacie prostego, szybkiego tytułu to zakończcie swoje poszukiwania i wypróbujcie tę gierkę. Zarówno rodzice jak i dzieci będą się wyśmienicie bawić i będziecie chcieli się ścigać bez przerwy. A z racji swoich gabarytów, możecie dosłownie wszędzie zabrać gromadkę żółwi i rozegrać wyścig o sałatę. Gra jest prosta i na tyle losowa, że w przypadku dorosłych graczy może się nawet sprawdzić jako szybka imprezówka. Polecamy!

Nazwa: Pędzące Żółwie Gra Karciana
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2019
Sugerowana cena: 25zł
Dziękujemy wydawnictwu Egmont za przesłanie egzemplarza recenzenckiego
http://www.krainaplanszowek.pl/

Share:

18 maj 2019

Ile zagadek rozwiążecie? - Recenzja gry książkowej Dziennik 29 [bez spoilerów]

Wielokrotnie mieliśmy styczność z komiksami paragrafowymi, czyli w pewnym sensie z połączeniem gier z książkami. W tym roku bardzo mocno promowana była inna „książka”, a mianowicie Dziennik 29 wydawnictwa Fox Games. Czy warto przyjrzeć się tej pozycji? Sprawdźmy!

Dziennik 29 to interaktywna gra książkowa. Choć autor nie określa liczby graczy, to naszym zdaniem najlepiej sprawdzi się w „rozgrywce” solo lub we dwoje. W środku znajdziecie 63 zagadki oraz krótki wstęp opisujący, jak grać. Ciężko jest tutaj podać czas, jaki Wam zejdzie przy dzienniku, gdyż to wszystko zależy od tego, jak szybko załapiecie zagadki.

Schemat rozwiązywania zagadek w Dziennik 29 jest banalnie prosty – każda zagadka ma dwie strony, na lewej stronie widnieje kod QR oraz miejsce na wpisanie klucza, zaś na prawej stronie widnieje sama zagadka. Konieczne jest zapisywanie kluczy, gdyż niektóre późniejsze zagadki są ściśle powiązane z kluczem z poprzednich. W grze wymagane jest urządzenie z połączeniem internetowym, gdyż rozwiązanie zagadki wpisujemy na specjalnej, dedykowanej stronie, na której znajdziemy również wskazówki i pomoc. Co ważne, wskazówki nie są oczywiste i po prostu nakierowują nas, by przyjrzeć się któremuś konkretnemu elementowi zagadki.

W dzienniku znajdziecie przeróżne zagadki i każdy będzie sobie z nimi radził inaczej. Dla jednych prostsze będą te związane z prostymi liczbami, a dla innych gry słowne. Ciężko więc tutaj wskazać wiek wymagany do rozgrywki, ale dwunastoletnie dziecko powinno dać sobie radę z większością zagadek, czasami może poprosi o pomoc osoby dorosłe.

W grach, które opierają się na rozwiązywaniu zagadek, często padają pytania, czy trzeba po książce pisać czy niszczyć ją w jakikolwiek inny sposób. Otóż i tak i nie. My osobiście mamy opory przed pisaniem po książkach, więc postanowiliśmy wziąć kartkę A4 i wszystko notowaliśmy obok książki. I to wystarczyło, by książki nie niszczyć, co ma swoje plusy – zawsze po skończeniu możemy ją przekazać komuś z rodziny czy przyjaciół.

Do gry wymagany jest smartfon, o czym już wspomnieliśmy oraz czasami przydadzą Wam się różne przedmioty domowego użytku, ale spokojnie – wszystko macie prawie zawsze pod ręką, więc nie ma problemu, by grać w podróży (oczywiście nie w samolocie, ze względu na brak możliwości połączenia z Internetem). 

Jeżeli ktoś szuka fabuły w Dziennik 29, to mimo opisu z tyłu książki nie znajdzie jej w środku. Tutaj się trochę zawiedliśmy, gdyż mieliśmy nadzieję na połączenie ciekawych zagadek z niebanalną opowieścią, a otrzymaliśmy masę zagadek, ale bez połączenia z jakąkolwiek historią.

Na szczęście był to nasz jedyny zawód – same zagadki są bardzo dobre. Wręcz niesamowite i niebanalne. A przede wszystkim są zróżnicowane, więc gra we dwoje świetnie się sprawdza - szczególnie, jeśli oboje macie wiedzę ogólną rozwiniętą w różnych kierunkach.

Jeżeli lubicie wyjścia do escape roomów, rozwiązywanie zagadek i dedukcję to Dziennik 29 jest zdecydowanie dla Was. Świetnie wydana (twarda oprawa), klimatyczne rysunki i zagadki, zabawa na bardzo wiele godzin, a to wszystko w bardzo niskiej cenie! Polecamy!



 Nazwa: Dziennik 29
Wydawnictwo: FoxGames 
Rok wydania: 2019
Sugerowana cena: 29zł
Dziękujemy wydawnictwu Foxgames za przesłanie egzemplarza recenzenckiego  

FoxGames
Share:

14 maj 2019

Zbuduj swój zamek jako pierwszy i przejmij tron w królestwie — recenzja gry Król Budowniczy


Życie króla nie jest takie sielskie, jakby się mogło wydawać. Trzeba rozsądnie gospodarować zasobami, pilnować, aby poddani płacili podatki oraz dbać o kondycję wojska. Dodatkowo mądry król pilnuje granic swojego królestwa. Zapraszamy na recenzję gry Król Budowniczy, w której będziecie zdobywać tartaki oraz kopalnie złota, by wybudować swój zamek i objąć tron.

Król Budowniczy wydawnictwa Alexander to ciekawa pozycja strategiczno — ekonomiczna dla najmłodszych graczy. Przeznaczona jest dla 2-4 graczy w wieku 10+, chociaż jesteśmy przekonani, że poradzą z nią sobie nawet młodsze dzieci, potrafiące już obliczać najprostsze działania. W grze, jak już wspominaliśmy, będziecie przejmować kontrolę nad kopalniami złota i tartakami. Te będą wam dawały przychód, który przeznaczycie na rozbudowę swojego królestwa, by w ostateczności wybudować majestatyczny zamek.

Zanim przejdziemy do opisu rozgrywki i naszych wrażeń, opowiemy trochę o wykonaniu gry Król Budowniczy. W średnim pudełku znajdziemy naprawdę sporo elementów. Są to między innymi: plansza, flagi z podstawkami (po 4 sztuki na gracza), pionki, kostka, karty budynków, pomocy oraz losu. Dodatkowo dołączona jest księga rachunkowa w której zapisujemy swoje przychody. Ciekawostką są dowody własności zasobów drewna i złota — są to "banknoty" o odpowiedniej wartości. Przywodzą one na myśl banknoty dobrze znane z Monopoly czy Eurobiznesu. Oprawa graficzna jest bardzo kolorowa, co zdecydowanie poprawia odbiór wśród dzieciaków.

Po przygotowaniu gry gracze stawiają swoje pionki na polach startowych i w swojej turze wykonują rzut kością. Zgodnie z jego wynikiem przesuwacie swój pionek o wskazaną liczbę pól. Jeśli w swoim ruchu dotrzecie do którejś Kopalni lub Tartaku, stawiacie na tym polu swoją flagę. Od tej pory na wasze konto w księdze rachunkowej będą wpływać dodatkowe przychody. Gdy nazbiera się wam już odpowiednia sumka, możecie udać się do miasta, aby zbudować konkretny budynek. Ważne jest, aby zachować kolejność ich wznoszenia. Ekspansję naszej metropolii rozpoczynamy od wzniesienia 2 Dzielnic, aby móc zbudować Ratusz. W ten sposób odblokujemy sobie możliwość postawienia Kościoła czy Koszar, a finalnie Zamku. Oczywiście każdy zakup musi zostać odnotowany w Księdze Rachunkowej, czyli w szczegółowym notesiku, na którego podstawie oblicza się przychód zasobów poszczególnych graczy. Naturalnie można sobie wzajemnie przeszkadzać w drodze do objęcia tronu, przejmując Kopalnie i Tartaki przeciwnika. Grę wygra ten gracz, który jako pierwszy zbuduje Zamek i dotrze na środek planszy, aby objąć tron i ogłosić się nowym Królem.

Tak w skrócie wygląda rozgrywka w grę Król Budowniczy. Nam spodobał się ten tytuł i sądzimy, że jest to dobry wybór jeśli rodzice chcą, aby ich dzieci jednocześnie dobrze się bawiły i rywalizowały ze sobą, przy okazji ucząc się podstaw ekonomii.

Król Budowniczy poza dawką matematyki daje również kapkę przygody. Eksplorując mapę w poszukiwaniu nowych Kopalń i Tartaków, możemy przekroczyć czerwone Linie Losu. Aktywny gracz musi wtedy pociągnąć Kartę Losu. Te mogą być albo szczęśliwe, albo pechowe. Jest to małe urozmaicenie żmudnego zbierania surowców i budowania.

Całość prezentuje się całkiem dobrze i nawet chaos w pobieraniu, rozmienianiu i wydawaniu Własności Dowodów drewna oraz złota po jakimś czasie wydaje się znośny. Grę Król Budowniczy polecamy najmłodszym graczom, aby już od najwcześniejszych lat rozwijali swoją żyłkę do biznesu.
4,5/6



Sklep Alexander
Nazwa: Król Budowniczy
Wydawnictwo: Alexander
Sugerowana cena: 25zł
Dziękujemy wydawnictwu Alexander za przesłanie egzemplarza recenzenckiego


Share:

10 maj 2019

Odnajdziesz swój dom? - recenzja gry O Kocie w Kłopocie

Gry planszowe już na dobre od kilku lat zagościły w polskich domach. Coraz więcej rodzin sięga po nie, jako alternatywną formę rozrywki, a nas to bardzo cieszy! W nasze ręce trafiła kolejna rodzinna gra planszowa, która ma na celu bawić wszystkich graczy. Czy O kocie w kłopocie od wydawnictwa Trefl Joker Line jest taką grą?

O kocie w kłopocie to rodzinna gra planszowa dla 2 – 4 graczy w wieku od 10 lat. Czas jednej rozgrywki to około pół godziny. W kolorowym pudełku znajdziemy 16 kafelków planszy, 18 żetonów domu, 38 kart akcji (ruchu, szczęścia i pecha) oraz 4 pionki, ale nie takie zwykłe, tylko ładne, puchate, pomagające wczuć się nam w rolę puchatego kociaka.

Zasady gry są banalnie proste. Na początku rozkładamy planszę składającą się z wszystkim 16 kafelków, jednak odkryte dajemy tylko 4 kafelki startowe na rogach, a pozostałe tasujemy i dajemy zakryte. Gracze wcielają się w rolę małych kotków, których zadaniem jest odnalezienie swojego domu. Nie jest to jednak takie proste, bo nie do końca pamiętamy jak on wygląda, więc najpierw musimy przemierzyć okolicę w poszukiwaniu swoich wspomnień. Każdy z graczy otrzymuje 3 zakryte żetony domu (prezentują one jakiego domu szukamy) oraz 2 karty skromnego posiłku i 1 pożywnego. W swojej turze gracz wykonuje jedną z dwóch akcji: poszukuje jedzenia (dobiera kartę/karty) lub poszukuje domu (zagrywa karty i przesuwa swój pionek). Jeżeli dzięki poszukiwaniu domu gracz wejdzie na pole z domem to przekazuje swoje 3 żetony przeciwnikowi, a ten porównuje odwiedzony dom z otrzymanymi żetonami – jeżeli choć jeden żeton spasował z wyglądem odwiedzonego domu to oddaje go odkrytego. 
I tak próbujemy odkryć cechy domu, który powinniśmy odnaleźć. Po drodze może dojść do walki z innym kotem (przeciwnikiem) oraz może przytrafić się pech – przy dociąganiu kart, jeżeli wyciągniemy kartę pecha, to wykonujemy opisane na niej działanie (niekorzystne dla przeciwników). Gracz, który jako pierwszy odnajdzie swój dom i dotrze do niego zostaje zwycięzcą.

O kocie w kłopocie to ciekawa acz lekka gra planszowa, która bardziej do gustu przypadnie dzieciakom niż dorosłym. Nie można odmówić jej losowości, ale w zamian otrzymujemy ciekawą rozrywkę rozwijającą logiczne myślenie u dzieciaków. Warto po nią sięgnąć jeśli Wasze dzieciaki potrafią już czytać.

Regrywalność tutaj jest spora, gdyż po pierwsze mamy planszę układaną za każdym razem inaczej, a po drugie w każdej grze będziemy poszukiwać innego domu. Karty też robią swoje, więc jak widzicie jest wiele aspektów zmieniających rozgrywkę.  

Generalnie polecamy tę grę, gdyż jest to ciekawy i prosty sposób na wciągnięcie najmłodszych w planszówkowy świat. Dobra cena, świetne wykonanie, łatwe zasady i duża regrywalność – same plusy! Jedynym niepożądanym skutkiem wciągnięcia dzieciaków jest późniejsza konieczność kupowania coraz to większych tytułów!





Nazwa: O Kocie w kłopocie
Wydawnictwo: Trefl Joker Line
Rok wydania: 2019
Sugerowana cena: 89,95zł
Dziękujęmy wydawnictwu Trefl Joker Line za przesłanie gry do recenzji
Trefl Joker Line
Share:

6 maj 2019

Pyrkon 2019 - relacja

O Pyrkonie słyszeli chyba wszyscy. Największy konwent w Polsce to niekwestionowane święto nie tylko fantastyki, ale kultury jako takiej. Żelazny punkt kalendarza dla każdego gracza, czytelnika, widza i fana. Ogrom oferowanych co roku atrakcji przytłacza, więc nie będę nawet próbował opisać ich wszystkich. Każdy uczestnik sam wybiera to, co najbardziej mu odpowiada. Słuchając dwóch osób można wręcz odnieść wrażenie, że były one na zupełnie innych imprezach. Dlatego zamiast suchej relacji - pełnej dat, godzin i cyferek - opowiem wam historię. Historię o „moim” Pyrkonie 2019.
 
Podczas gdy tłum z biletami szturmował punkty akredytacji przy Bramie Wschodniej,  wraz z grupką szczęśliwców, którzy odebrali identyfikatory dzień wcześniej, przemknąłem chyłkiem Północnym Wejściem. Objuczeni walizkami i śpiworami, pierwsze kroki skierowaliśmy do Sleeproomu. Tamże, na wyznaczonych pomarańczową taśmą betonowych polach Pelennoru, rozpoczęliśmy walkę o zajęcie i utrzymanie miejsc do spania. Choć od zachodu oflankowali nas cosplayerzy Warhammera 40k, torujący sobie drogę piankowymi mieczami, a z południa napierały kolejne fale „free huggersów” z kocimi uszkami, utrzymaliśmy pozycję do czasu przybycia Roha…. reszty naszej ekipy. Pierwsza bitwa została wygrana.

Nie wszyscy uczestnicy Pyrkonu przyjeżdżają na konwent z samego rana. Wykorzystałem więc brak tłumów by sprawdzić, co ciekawego przygotowano w ramach bloku Fantasium Creatium. Eklektyczność zgromadzonych ekspozycji jak co roku nie zawiodła. Na powierzchni dwóch sal zobaczyłem zdjęcia, szkice i rzeźby wielu utalentowanych artystów, sąsiadujące z replikami broni i gadżetów z gier i filmów. Tylko parę kroków dzieliło naturalnej wielkości kantynę z Mos Eisley od stoiska, na którym można było potrzymać prawdziwy meteoryt. A to jedynie ułamek prezentowanych eksponatów. W hali obok znalazło się nawet miejsce dla prawdziwego Żelaznego Tronu – niestety, żeby na nim usiąść, trzeba było stanąć w kolejce długiej, jak lista ofiar R. R. Martina. Ale nawet ta różnorodność bladła w obliczu chaosu, jaki czekał na mnie w budynku 7A.

W obozie wikingów wybuchła wrzawa. Żona przyłapała jednego z wojów na wodzeniu wzrokiem za elfimi pannami ze stojącej za miedzą wioski Tolkienowskiej. Nie wiem jednak jaka kara spotkała nieboraka, gdyż widok zasłoniła mi górująca nad tłumem sylwetka Space Marine. W asyście Kapłana Maszyn i sierżanta Gwardii Imperialnej, kierował się w stronę niewielkiej łąki, gdzie swojego „ogórka” zaparkowała grupa post-apokaliptycznych ocalonych. Pewnie był zapytać, czy nie mają części zamiennych do stojącego nieopodal Land Raidera. Chwilę później głośne okrzyki dopingu skierowały oczy wszystkich obecnych w hali na umieszczaną w centralnym punkcie Arenę. Na teren wyznaczony jako miejsce pojedynków, pokazów i tańców wkroczyła właśnie grupa osób ubranych w daleko-wschodnie szaty. To przedstawiciele ukrytej w kącie wioski Naruto rozpoczynali swój drużynowy tor przeszkód.

Na Pyrkonie można kupić niemal wszystko. Książki, koszulki, planszówki, mangi, przypinki… <5 minut później> … steampunkową biżuterię, japońskie słodycze, kute miecze i koty z włóczki.  Nie warto jednak czekać z tym do ostatniej chwili – najpopularniejsze towary znikają ze stoisk błyskawicznie. Dlatego już pierwszego dnia poszedłem do hali wystawców by upolować jakiś „merch”. I zderzyłem się ze ścianą ludzi. Ścisk, hałas, oblegane stoiska – wszystko to zlewało się w morze głów, falujące od malutkich kramów z wyrobami rzemieślników, po ogromne stoiska największych wydawców.
Zwłaszcza miłośnicy gier planszowych mieli co robić – na stoiskach można było zagrać w wiele nowych tytułów. Znalazło się nawet miejsce dla metrowej planszy „Potworów w Tokio”. Niestety, choć bardzo chciałem, nie udało mi się dopchać do stolika z nową grą kooperacyjną „Władca Pierścieni – Podróże przez Śródziemie”. Kolejka oczekujących była zbyt długa, a scenariusz testowy przewidziany jedynie dla trzech osób. Ale mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli podzielić się z Wami na stronie naszymi wrażeniami z tej gry. 

Wieczorem moją uwagę przykuła stalowa konstrukcja wzniesiona na terenie Dystryktu 10. Skrzydlaty statek ożył po zapadnięciu zmroku – jako element scenografii i ruchoma scena spektaklu „Arka” Teatru Ósmego Dnia. Machina „płynęła” przez morze widzów, wprawiana w ruch przez aktorów i rozświetlona reflektorami. Było to jedno z wydarzeń organizowanego po raz pierwszy bloku „Kino, Muzyka, Teatr”. Przygotowano go z myślą o wszystkich. Musical „Gnijąca Panna Młoda” dla najmłodszych. Koncerty: Persivala, Chóru Kameralnego Hibike lub nordycka gawęda harfiana dla melomanów. A dla znudzonych – nocne kino plenerowe i maratony anime. 

Z żalem zostawiałem za sobą oniryczną „Arkę”, ale musiałem się śpieszyć. Za kilkanaście minut zaczynała się prelekcja o Kapitan Marvel, a bez gwarantowanej miejscówki (każdy uczestnik dostał do wykorzystania cztery), moje szanse na wejście z każdą sekundą malały. Podczas gdy mój brat, z wydrukowaną rezerwacją, znikał już w wejściu dla VIP-ów, ja przejąłem pokornie żółty balonik z napisem „KONIEC KOLEJKI SALA KOMIKSOWA” i stanąłem w ogonku. 

Nie byłem w mej niedoli osamotniony. Prelekcyjny budynek 15 to jedno z najbardziej obleganych miejsc na każdym Pyrkonie. Kilkanaście sal tematycznych co roku przyciąga tłumy słuchaczy. Jednych gromadzą spotkania z autorami, aktorami i twórcami. Innych wykłady o „Rewolucji w państwie Kucy” (tak, tych różowych od Hasbro ), „Niezależnym kinie gatunkowym”, czy „Żywych torpedach i innych pomysłach włoskich siły specjalnych”. Znajdzie się nawet „Panel obrońców prequeli Star Wars”. Zaś oczekujący na wejście w „kolejkonie” dyskutują, śpiewają, grają w przyniesione planszówki, a czasem nawet znajdują miłość…

Pyrkon żyje całą dobę. Gdy o drugiej w nocy, pod rozświetloną Iglicą targów, tłum skakał w rytm basów granych ze sceny-kontenera Red Bulla, ja szybkim krokiem zmierzałem do budynku 14. Zaczynał się tam właśnie jeden z wielu LARP-ów, na jakie można było się zapisać poprzez dedykowaną aplikację konwentu. Kolejne cztery godziny spędziłem jako reprezentant Szwajcarii na Kongresie Wiedeńskim negocjując, spiskując i tańcząc walca z innymi dyplomatami do białego rana. 

Aby zdobyć zaufanie tubylców, drugi dzień konwentu postanowiłem spędzić incognito. W stroju Szpiega z Team Fortress 2, z kominiarką na twarzy i trzema kapeluszami na głowie, nie rozpoznałaby mnie nawet matka. Cosplay to jedna z największych atrakcji Pyrkonu. I choć podziw budziły dopieszczone stroje profesjonalistów biorących udział w Maskaradzie, to przebierał się niemal każdy. Czasem były to tylko kocie uszka, czasem duży karton i motyw muzyczny Metal Gear Solid puszczany z głośnika – najważniejszy był pomysł i kreatywność twórcy. A kto wie? Może ten chłopak w białej koszuli, czerwonym krawacie i płaszczu to postać z serialu, którego nigdy nie widziałem? 
 
Przechadzając się w stroju poznałem najlepszą stronę konwentu. Ludzie prosili o wspólne zdjęcia, wołali „It’s a Spy!”, albo po prostu uśmiechali się i pokazywali podniesione kciuki. Pozytywną energię dało się wyczuć w powietrzu. A gdy w końcu znalazłem ludzi z mojej discordowej grupy, w strojach z tej samej gry, kolejną godzinę spędziliśmy na kręceniu filmów, żartach i tańcach.
Takie spontaniczne spotkania i pokazy odbywały się na całym terenie Targów Poznańskich. Nie było ich w oficjalnym programie - żeby na nie trafić, trzeba było wiedzieć gdzie szukać lub po prostu mieć szczęście. Cosplayerki K/DA tańczące na jednym z tarasów cały układ z teledysku. Rozbawiona grupka fanów Hetalii okupująca trawnik obok pawilonu gastronomii. Trzy nadmuchiwane T-Rexy w koszulkach „Jurassic Park” jeżdżące na hulajnogach. Za każdym rogiem budynku, w każdym załomie korytarza działo się coś ciekawego. Pyrkon był pełen takich niespodzianek. 

Po zachodzie słońca moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Ostatkiem sił dotarłem do strefy gastronomicznej, gdzie zająłem miejsce obok znajomych. Z zimną butelką „Zmęczonej cosplayerki” w ręce, miałem świetny widok na tańczący tłum. Wróżka Winx skacząca z dwoma Storm Trooperami akurat zahaczyła skrzydłem salsującą obok Wonder Woman. Wszyscy wybuchli śmiechem, a po chwili bujali się w kółeczku w rytm miksowanego przez DJ-a „Billie Jean”. Ale z tarasu na którym siedziałem widziałem też inne imprezy. Kult ananasa śpiewał coś przy sleeproomie, lecz zagłuszał ich hard bass puszczany z melanżu koło namiotu ruskiej mafii. A na Arenie na pewno trwała już post-apokaliptyczna balanga Oldtown. Jednak mnie głośna muzyka zaczęła męczyć, więc postanowiłem znaleźć spokojniejsze miejsce do odpoczynku.
  
Wspominałem już, że Pyrkon żyje całą dobę? Organizatorzy również to dostrzegli. Dlatego w tym roku wypożyczalnia planszówek była czynna przez 24 godziny. I nawet w środku nocy, na obszarze dwóch hal targowych, ciężko było znaleźć wolny stolik. Na szczęście wystarczyła chwila, bym wpadł na grupę szukającą akurat piątego gracza do „Space Fluxa”. I „Osadników z Catanu”, których wypożyczyliśmy później. Przy okazji dowiedziałem się, że jeden z graczy okupuje ten stolik od rana – wymieniał jedynie gry na kolejne. Inne osoby dosiadały się do niego i odchodziły przez cały dzień, ale chętnych nigdy nie brakowało.  

W niedzielę z samego rana stanąłem z grupką oczekujących na otwarcie Bloku gier elektronicznych. Poprzedniego dnia nie byłem w stanie dopchać się do żadnego z dostępnych stoisk, więc miałem nadzieję, że po gorączce sobotniej nocy mniej ludzi będzie miało siłę na gry komputerowe. Myliłem się. Stanowiska VR były zajęte, zanim jeszcze do nich dotarłem. Tak samo jak większość konsol na wielkim stoisku Nintendo w centrum hali. Zelda, Pokemony, Cuphead – nie było mi dane zagrać w żadną z tych pozycji. Co prawda Barbershop Komputronika był pusty, ale nie jestem fanem League of Legends, a moja broda nie wymagała stylizacji. Ostatecznie wylądowałem wiec w strefie retro – klasyczny „Castle Wolfenstein” to zawsze dobry wybór.

Do Poznania wybrałem się z grupą znajomych. Pierwszy przez dwa dni grał i prowadził sesje RPG. Dwóch kolejnych spędziło pół konwentu na turniejach – X-Winga i Magic: the Gathering. Czwarty w pewnym momencie zniknął. Znaleźliśmy go pięć godzin później, w jednym z łączników między budynkami. Był członkiem 20-osobowego, amatorskiego chóru śpiewającego piosenki z animacji Disneya. Każdy z nas był tak naprawdę na zupełnie innym, własnym Pyrkonie. Ale łączy nas jedno. Już nie możemy doczekać się następnego.

Po więcej zdjęć zapraszamy tutaj.
Share:

30 kwi 2019

Poprowadź swoją nację przez erę brązu - recenzja gry Bronze

Zanim powstały wspaniałe zamki czy klasztory i zanim człowiek nauczył się wykuwać przedmioty z żelaza, by ostatecznie rozwinąć technologię do dzisiejszego poziomu, pradawni ludzie musieli okiełznać dziką przyrodę i odkryć podstawowe narzędzia w Epoce Brązu. Dzisiejszy artykuł traktuje o grze z takim samym tytułem jak wspomniana epoka. Zapraszamy na Bronze wydawnictwa Hobby World. 
 
Bronze to strategiczna gra rodzinna dla 2-4 graczy w wieku 10+. W grze będziemy prowadzić prehistoryczny naród do zwycięstwa przez dominację terytorialną. Wynalezienie narzędzi takich jak: koło, młotki, noże, a nawet ozdoby, doprowadziło do rozwoju handlu. Stąd też wasz lud będzie walczył między innymi plemionami i osiedlał coraz to nowsze tereny. Wyścig o zwycięstwo wygra gracz z największą ilością punktów.

Ale o punktach za moment. Zajmiemy się najpierw wykonaniem gry Bronze. W dużym pudełku znajdziemy planszę, którą układamy sami podczas przygotowania gry. Składa się ona z 14 Kafli Terenu oraz Kafla Startowego. Dalej szperając w pudełku, naszym oczom ukaże się: 120 Znaczników Osady (po 30 na gracza), 70 Kart Technologii, 50 Kart Miast, 21 Znaczników Drogi Handlowej, 12 Znaczników Prowincji oraz Żeton Pierwszego Gracza. Prosimy o nieprzywiązywanie wagi do polskich nazw wyżej wymienionych komponentów, gdyż grę otrzymaliśmy dzięki uprzejmości rosyjskiego wydawnictwa Hobby World i pracowaliśmy na anglojęzycznej instrukcji. Cała gra prezentuje się całkiem przyzwoicie. Komponenty są mocne i wytrzymałe. Grafiki przyjazne dla oka, a młodszych graczy ucieszy znacznik pierwszego gracza reprezentowany przez mamuta. Jedyna nasza uwaga jest taka, że samo pudełko mogłoby być wykonane z twardszego kartonu.

Rozgrywka w Bronze nie jest skomplikowana. Stąd też wspomnieliśmy, że jest to strategiczna gra rodzinna, gdyż do rozgrywki zasiąść mogą zarówno dzieci, jak i dorośli. Ale od początku. Przygotowanie gry polega na podzieleniu Kart Technologii na równe stosy i wystawieniu (odpowiednio dla ilości graczy) Kafli Terenu. Należy pamiętać również  o rozdaniu znaczników osad, potasowaniu Kart Miast oraz Znaczników Prowincji. Na tym etapie następuje także wybór Pierwszego Gracza. W swojej turze musicie przejść następujące cztery fazy. Pierwszą fazą jest dobranie jednej Karty Technologii z czterech dostępnych stosów (gdy jeden z czterech się skończy, do gry wchodzi piąty - zapasowy). Druga akcja to aktywowanie właśnie dobranej karty, czyli wyłożenie jej w swoim obszarze gry. Trzecią fazą jest rozmieszczenie Znaczników Osad zgodnie z aktywowaną właśnie kartą/kartami. Czwarta faza to sprawdzenie warunków, czy mamy przewagę na danym terenie, bądź czy mamy wybudowaną odpowiednią liczbę Osad w ciągłej lini, i pobranie ewentualnych punktów.

A teraz przedstawimy wam haczyk gry Bronze, żebyście nie myśleli, że to zwykłe dokładanie kosteczek. Każdy Kafel Terenu dzieli się na 7 rodzajów terenów (góry, pustynia, morze, itp.), a na każdym terenie widnieje inna osada do wybudowania (chata pasterzy, tipi myśliwych oraz zagroda farmerów). Karty Technologii pozwalają nam zagrać Znacznik Osady tylko na określonych terenach, gdzie pojawią się tylko określone osady. Jak widzicie, osiedlanie się na nowych terenach nie jest zupełnie takie łatwe. Dodatkowo, każda Karta Technologii, odpowiednio dołożona do naszego "drzewka technologicznego", pozwala wybudować kilka Osad na raz. Rozgrywka w Bronze kończy się, gdy spełnimy jeden z trzech warunków końca gry: jednemu z graczy skończą się Znaczniki Osad, skończą się 2 stosy Kart Technologii lub ostatni Kafel Terenu zostanie w pełni osiedlony. Po dokończeniu rundy, tak, by gracze mieli równą ilość tur, podliczamy punkty i osoba z ich największą ilością wygrywa.
 
Bronze to przyjemna i prosta gra planszowa. Na początku możecie mieć lekkie problemy z czytelnością symboli na kartach i na kaflach, ale to minie po kilku rozgrywkach. Tak samo minie wrażenie, że jest to trudna gra. Owszem - my też mieliśmy kilka wątpliwości po pierwszym przeczytaniu instrukcji. Jednak wystarczy przeczytać jeszcze raz i zacząć grać. Zrozumienie zasad i satysfakcja z gry przyjdą z kolejnymi rozgrywkami. Sposobów na zwycięstwo jest kilka. Zwyciężyć możemy przez inwestowanie w nowe Osady, czy to w ich ilość na danym terenie. Inną drogą do wygranej jest spełnianie warunków na kartach Miast, które zdobywamy w trakcie rozgrywki. Warto dać szansę grze i odkryć swój sprawdzony sposób na wygraną!

Zakończymy tę recenzję jak zwykle małym podsumowaniem. Gra Bronze to dobry, regrywalny tytuł dla młodszych, jak i starszych graczy. Może być grą, która wprowadzi nowe osoby w świat gier planszowych, ale na pewno nie zawiedzie tych bardziej doświadczonych. W Bronze wymagana jest stała obserwacja sytuacji na planszy, odpowiednie budowanie nowych osad oraz mądre dobieranie Kart Technologii i Miast. Jeśli spełnicie te warunki, to zwycięstwo macie prawie w kieszeni. Polecamy zagrać w Bronze wydawnictwa Hobby World!
4,9/6

Hobby World
 Nazwa: Bronze
Wydawnictwo: Hobby World
Rok wydania: 2017
Sugerowana cena: 70zł
Dziękujemy wydawnictwu Hobby Games za przesłanie egzemplarza recenzenckiego

Bronze is a strategic family game for 2-4 players aged 10+. In the game you will lead a prehistoric nation to victory through territorial domination. The invention of tools such as wheel, hammers, knives and even ornaments led to the development of trade. Therefore, your people will fight among other tribes and settle new areas.

Let's focus on the workmanship of the Bronze game. In a large box you will find a board, which we arrange ourselves while preparing the game. It consists of 14 Terrain Tiles and the Starter Tile. Then in the box we can see 120 Markers of the Settlement (30 per player), 70 Technology Cards, 50 City Cards, 21 Markers of the Trade Route, 12 Provincial Markers and the First Player Token. The whole game looks quite decent. The components are strong and durable. Graphics are eye-friendly. Younger players will be pleased with The First Player Token represented by the mammoth. Our only remark is that the box itself could be made of a harder cardboard.

Bronze is a nice and simple board game. At the beginning, you can have some issues with the readability of symbols on the cards and on the tiles, but it will pass after a few games. The same occurs with the impression that Bronze is a difficult game. Yes - we also had some doubts after instruction was read for the first time. However, just after reading it again that concerns went away. Understanding the rules and satisfaction of the game will come with more rounds played. There are several ways to win. First of all, you can win by investing in new settlements - either in their quantity in a given area or in discovering new areas. A good way to win is also meeting the conditions on the City cards that we receive during the game. It is worth giving a chance to the game and discover your own way to win!

The Bronze game is a good, re-playable title for younger and older players. It can be the game that will introduce new people into the world of board games, but it certainly will not disappoint those more experienced. The Bronze requires constant observation of the situation on the board, proper building of new settlements and smart matching of Technology and Cities Cards. If you meet these conditions, very likely, you will have the victory sewn up. We recommend playing the Bronze published by the Hobby World!
Share:

27 kwi 2019

A czy Tobie uda się Ojojać problem? - Recenzja prototypu Liski: Ojojanie

Ostatnio opisywaliśmy Wam, że lubimy akcje crowdfundingowe związane z wydaniem gier planszowych, tworzonych przez naszych polskich autorów. Dziś ponownie chcieliśmy Wam zaprezentować takową grę, która próbuje swoich sił na platformie wspieram.to. Takim tytułem jest gra Liski: Ojojanie, którą wydawać będzie Gindi – dzięki „wspieraczce” wydali już między innymi grę Zaklinacze.

Liski: Ojojanie to kooperacyjna gra planszowa dla 1-5 graczy, w której każda rozgrywka trwa około 30 minut. Do rozgrywki można zasiąść z dzieciakami od 12. roku życia. W grze wcielacie się w rolę Puchaterów Lisiego Królestwa i będziecie starać się uratować liski przed koszmarami i problemami.

W pudełku z grą znajdziecie wiele dobroci: dużą, pięknie zilustrowaną planszę (60x40cm), 6 dwustronnych planszetek bohaterów, 12 kartonowych figurek lisów, 6 podstawek na figurki, 110 kart utrzymanych w klimatach Lisich Spraw, 18 znaczników sera, 29 żetonów (koszmaru i nagród), płócienny woreczek na żetony oraz instrukcję. W wersji prototypowej już mogliśmy się napawać żartami i ilustracjami znanymi z profilu Lisie Sprawy, więc wersja finalna będzie z pewnością świetna.

Celem gry jest pokonanie koszmaru, do którego przygotowujemy się przez 5 rund. Przygotowania polegają na walce z codziennymi problemami i komplikacjami, za które w nagrodę będziemy otrzymywać żetony nagród czy wsparcie innych lisków. Sama rozgrywka dzieli się na rundy, a te na 4 fazy. Pierwsza z nich to faza Ojojania, w której będziemy przypisywać wspólnie karty Ojojania do problemów leżących na planszy. Karty muszą „spasować” symbolami do problemów, by móc go pokonać. Karty dokładamy wspólnie. Na każdej karcie Ojojania jest symbol(e), który pomoże nam zwalczyć problem, oraz symbole, które ograniczają ilość kart, jakie możemy dołożyć pod spodem tego problemu, więc jest się co nagłówkować. A do tego ucieka Wam czas! Macie tylko minutę (w wersji standardowej), aby się dogadać i dobrze podokładać karty. Drugą fazą jest faza problemów, w której sprawdzacie, ile problemów i komplikacji udało się Wam pokonać oraz ile nagród zgarniacie. 
Jeśli jakiś problem nie został pokonany, to przechodzi on do kolejnej rundy. Dodatkowo dokładamy na niego nowo odkryty problem, więc teraz trzeba z tego pola usunąć dwa problemy za jednym razem! 3 faza to faza rekrutacji, w której rekrutujemy liski, by te pomogły nam w kolejnych rundach. Ostatnią fazą jest faza odpoczynku, w której sprzątamy i przygotowujemy planszę na kolejną rundę (dokładamy liski, problemy, komplikacje itd.). I tak rozgrywamy sobie rundy, aż dojdziemy do Koszmaru, który musimy pokonać. Grę wygrywamy, gdy pokonamy koszmar. Przegrywamy, jeśli zabraknie serka (usuwamy serki, gdy wchodzi do gry Koszmar lub gdy nie pokonaliśmy problemu leżącego na planszy) lub gdy Koszmar stanie się zbyt potężny (dokładamy żetony Koszmaru, gdy zbytnio nawarstwiają się nam problemy lub kończą karty).

Rozgrywka jest szybka, dynamiczna (co w zasadzie jest wymuszone przez ograniczający nas czas w pierwszej fazie), ale rówież bardzo ciekawa i emocjonująca. Z pewnością by zasiąść do gry, zachęcą nas grafiki i podpisy na kartach, które przedstawiają przyjemny acz specyficzny humor. Jeśli ktoś z Was ma polubiony fanpage Lisich Spraw i podobają się mu tamtejsze obrazki, to z pewnością i tutaj będzie się dobrze bawił.

Sama gra jest dość prosta do zrozumienia. Nauka zasad trwa chwile, prototypowa instrukcja jest okraszona dużą liczbą przykładów, co ułatwia zrozumienie zasad. Gra dobrze skaluje się na 2 i 3 graczy, przy 4 i 5 wkrada się większy chaos przy ustalaniu, jakie karty dołożyć, a co dopiero gdy trzeba ustalić, gdzie je dać! Dla nas ta presja czasu jest emocjonująca i powoduje, że naprawdę polubiliśmy tę grę.

Dla nas Liski: Ojojanie to ciekawa, prosta gra kooperacyjna, w której możemy się świetnie bawić. Jest banalna do wytłumaczenia dzieciakom, posiada różne stopnie trudności. Do tego dostępność różnych bohaterów/koszmarów sprawia, że gra jest regrywalna. W drodze jest również dodatek, który też możecie nabyć na stronie wspieram.to. Serdecznie polecamy wszystkim sprawdzenie tego tytułu i wsparcie polskich twórców!

Polecam wesprzeć projekt pod tym liniem: https://wspieram.to/liski


Za przekazanie prototypu do recenzji dziękujemy wydawnictwu Gindi





Share:

23 kwi 2019

Gdzie laboranci śpią, tam ameby myszkują! - recenzja gry Panika w Laboratorium


Niedawno na naszym Instagramie ostrzegaliśmy was przed plagą ameb w jednym z katowickich parków. Mamy nadzieję, że te małe stworzonka wdarły się do waszych domów i zagrywacie się teraz w ten świetny tytuł wydawnictwa FoxGames. Jeśli jeszcze nie zaraziliście się zabawą z amebami, to może ten artykuł was do tego przekona. Zapraszamy na recenzję gry Panika w Laboratorium.

Panika w laboratorium to ciekawa gra na spostrzegawczość dla 2-10 graczy w wieku 6+. W grze próbujemy złapać wszystkie ameby, które uciekły z tytułowego laboratorium. Nie jest to jednak takie proste, ponieważ te małe stworzonka zmieniają kolory, kształty oraz wzory. A już najbardziej przechlapane jest wtedy, gdy schowają się do szybu wentylacyjnego. Zatem fiolki, rękawice i okulary ochronne w dłoń i gońcie je!
 
W małym metalowym pudełku znajdziemy 25 kwadratowych obrazków, cztery kości oraz żetony zwycięstwa i instrukcję. Miłym akcentem jest naprawdę małe pudełko, które możemy wrzucić do plecaka na wycieczkę. Komponenty są trwałe, a karty ameb wykonano z grubszej tekturki, co zapobiegnie szybkiemu zniszczeniu. Całość utrzymana jest w kolorowej tematyce laboratoryjnych ameb, więc najmłodsi gracze będą mieli nie lada uciechę i radość z poszukiwań jednookiego, ośmiorniczkowatego potworka.

 Panika w Laboratorium to jedna z tych gier, których zasady da się wytłumaczyć w trakcie przygotowania rozgrywki. Po rozłożeniu wszystkich kart w okrąg pierwszy gracz rzuca kośćmi. Wskazują nam one, z jakiego typu laboratorium poszukiwana ameba uciekła, w jakim jest kolorze, czy jest paskowana, czy cętkowana oraz jaki aktualnie ma kształt. Zaczynając od wylosowanego laboratorium, wodzimy wzrokiem po pozostałych stworkach, aż nie znajdziemy uciekiniera. Gdy go poprawnie wskażemy, to otrzymujemy punkt. Ale, żeby nie było zbyt prosto, to pamiętajcie, że w trakcie ucieczki ameby mogą ewoluować oraz wchodzić w kratki wentylacyjne, gdzie chwilowo są dla was niewidoczne. I tak oto może się okazać, że rundę zaczynaliśmy od poszukiwań niebiesko-fioletowego ślimaczka w paski, który zmienił kolor i kształt. A uciekając przez kratkę wentylacyjną, ponownie zmienił kształt i finalnie szukamy pomarańczowo — czerwonego ślimaczka w kropki! Grę wygrywa gracz, który jako pierwszy poprawnie wskazał pięciu uciekinierów. 

Panika w Laboratorium to szybka i przyjemna gra na spostrzegawczość. Ze względu na proste zasady sprawdzi się równie dobrze jako gra imprezowa dla starszych graczy. Uwaga! Gwarantowane wybuchy śmiechu przy dozie rywalizacji. Jednak w tej grze trzeba również trochę pogłówkować. Jest to tytuł, który jednak wymaga większego skupienia i radzenia sobie pod presją czasu. Młodszym graczom można oczywiście ułatwić rozgrywkę i np. usunąć kratki wentylacyjne. Tak czy siak, dzieciakom spodobają się małe i kolorowe stworki, a przy dobrej zabawie będą ćwiczyć spostrzegawczość.
 
Zdecydowanie polecamy grę Panika w Laboratorium wydawnictwa FoxGames. Zarówno starszym graczom, którzy szukają przerywnika lub czegoś na rozgrzewkę swoich szarych komórek przed cięższym tytułem, jak i najmłodszym. Zawsze popieraliśmy ćwiczenie mózgu i szarych komórek przez dobrą zabawę. Zwłaszcza w grach planszowych! Polecamy zatem udać się do sklepu po swój egzemplarz i razem ze swoimi pociechami lub przyjaciółmi zacząć gonić te małe i sprytne ameby!
5/6
FoxGames
 Nazwa: Panika w laboratorium
Wydwnictwo: FoxGames
Rok wydania: 2018
Sugerowana cena: 35zł
Dziękujemy wydawnictwu FoxGames za przesłanie egzemplarza recenzenckiego
Share:

Ścisła współpraca

My na Facebooku

Labels