20 paź 2017

Planszówki na PGE Narodowym 2017 – informacja prasowa

Kiedy: 21 października 2017

Gdzie: Stadion Narodowy w Warszawie

Organizator: Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki „Avangarda”

Jak co roku w Warszawie odbywa się wyjątkowa, jednodniowa impreza poświęcona grom planszowym – Planszówki na PGE Narodowym. Poprzednie edycje gromadziły prawie dziesięć tysięcy fanów analogowej rozrywki każda, w tym roku spodziewana jest podobna frekwencja.

Wejście na Planszówki na PGE Narodowym nie wiążę się z żadnymi opłatami, a organizatorzy zapraszają planszówkowiczów w każdym wieku – od przedszkolaków, dla których stworzona zostanie specjalna sala z grami dla najmłodszych, przez nastolatków, dorosłych, aż po seniorów i seniorki, którzy mogą odkryć nasze wyjątkowe hobby.

W tym roku nie zabraknie żadnej z tak lubianych przez bywalców Planszówek na PGE Narodowym atrakcji. Wszystkich uczestników imprezy zapraszamy do skorzystania z takich punktów programu jak:

– wielka wypożyczalnia gier,
– strefa dla dzieci,
– gry familijne i dla wymagających graczy,
– nowości i prototypy,
– stoiska wydawców,
– turnieje

My również się tam pojawimy, tym bardziej zapraszamy do wzięcia udziału!
Share:

19 paź 2017

Zemsta to potrawa, która smakuje najlepiej, kiedy jest zimna - recenzja gry Godfather: Imperium Corleone

Jest wielu znakomitych pisarzy i poetów, którzy zapadają ludziom w pamięć, ale są też tacy, którzy potrafią kreować postrzeganie różnych sytuacji z przeróżnych stron. Pierwszą książką, którą przeczytałem z własnej chęci (chyba każdy ma podobny problem, że nie uznaje lektur jak coś co uwielbia i czyta dla przyjemności) był Ojciec Chrzestny, Mario Puzo. To w jaki sposób pisał Mistrz Puzo powodowało, że chciałem zagłębiać się w jego twórczość. Przechodząc przez Ojca Chrzestnego i Omerte, potem Sycylijiczyka, a kończąc na Rodzinie Borgiów, zagłębiałem się w jego twórczość, do tego stopnia, że Puzo stał się moim tematem maturalnym. Teraz Eric Lang postanowił przenieść Ojca Chrzestnego na planszę, więc nie mogłem odpuścić takiej okazji!

The Godfather: Imperium Corleone to gra osadzona w tematach mafijnych. Przyjdzie nam stanąć na czele rodziny, która planuje przejąć wpływy w Nowym Jorku. Nie będę Wam owijał w bawełnę – podchodzę do tej gry sentymentalnie, gdyż od młodości interesuje się tematami mafijnymi, tak samo włoskimi jak i polskimi. Pierwszy raz miałem okazje zagrać dzięki uprzejmości Ludiversum, a potem otrzymałem grę od Tania Książka, by móc znów powrócić do swych ulubionych tematów.

Zarówno gra jak i ta recenzja jest dla mnie dość ważna i nie chodzi tu o skok odsłon czy polubień, ale o przeżycia jakich dostarcza mi Imperium Corleone. Widziałem wiele opinii, szczególnie po samej premierze i widziałem, że recenzenci dzielą się na dwie grupy – Ci którzy ją chwalą dość mocno jak i Ci, na których nie wywarła żadnego wrażenia. Bardzo możliwe, że na taki odbiór miała wpływ dość mocna i ostra promocja przez Portal jak i CoolMiniOrNot i po prostu oczekiwania wobec gry przerosły gotowy produkt. Dlatego ja się starałem nie „napalać” na ten tytuł i nie wyrabiać opinii na podstawie reklam. Nie mogę powiedzieć, że ich nie śledziłem, ale w życiu wolę być mile zaskoczonym pesymistą niż rozczarowanym optymistą. Jak było tutaj?

Zacznijmy może od wykonania. Duża, czytelna plansza, podzielona jest na 7 różnych dzielnic Nowego Jorku. Każda dzielnica, oprócz Central Parku, zawiera swoje przedsiębiorstwa, dzięki którym uzyskamy profity. Plansza wykonana jest w sposób czytelny, oznaczenia dla 3-4-5 graczy wkomponowują się w grafikę gry. A grafiki są całkiem przyjemne dla oka. Żetony i figurki wykonane bardzo dobrze, ale z tego przecież słynie CMON, więc i tutaj nie mogło być inaczej. Mimo wielkiej sympatii musimy doczepić się do kart (czyli do tego co wszyscy). Otóż największym mankamentem kart są ich grafiki, a właściwie ich brak. Wszystkie z nich przedstawiają Marlona Brando. Jeszcze na rewersie byłbym to w stanie zrozumieć, bo duże znaczenie ma to jakie karty posiadamy na ręce, szczególnie warto, żeby inni nie widzieli. Na awersie natomiast mogłoby być bardzo wiele różnych, świetnych grafik. Karl Kopinski udowodnił to chociażby w samej instrukcji. Choć karty są czytelne, to mogłyby być o wiele, wiele ładniejsze.

O co chodzi w samej rozgrywce? Otóż Ojciec Chrzestny: Imperium Corelone to połączenie worker placementa z area control. Będziemy wysyłać swoich Gangsterów i Członków Rodzin, by zdobywali dla nas wpływy w przedsiębiorstwach i dzielnicach, a Ci, którzy będą mieli największy wpływ w danej dzielnicy, będą potem mieli dodatkowe profity. Ten kto sprawdzi się najlepiej jako Głowa Rodziny i zgromadzi najwięcej gotówki, ten wygra i zostanie Donem wszystkich Donów.

Dość obszerne pudełko jest wypchane po brzegi i zawiera sporo elementów. Głównym z nich są wspomniane wcześniej figurki. Znajdziemy aż 30 figurek (6 figurek z 5 Rodzin). Zadbano w nich o szczegóły, które prezentują się świetnie. Dodatkowo w pudle mamy: planszę, 12 kafli przedsiębiorstw, 44 karty zleceń od Dona Corleone, 18 kart sojuszników, 32 karty nielegalnych towarów, 120 kart pieniędzy, plastikowy znacznik głowy konia, znacznik radiowozu, 45 żetonów kontroli w 5 kolorach, 5 metalowych walizek na pieniądze. Sami przyznacie, że imponująca zawartość.

Wróćmy jednak do reguł. W grze występują dwa rodzaje jednostek, Gangsterzy i Członkowie Rodzin. Dopóki posiadamy którąś z jednostek to możemy wykonywać akcje. Mamy do wyboru zagranie Członka Rodziny lub Gangstera lub zrealizować zlecenie (z ręki lub ogólnodostępne). Zlecenia są różne i wymagają zagrania od nas konkretnej kombinacji kart z zasobami. Surowców do wyboru mamy 3: Alkohol, Broń i Brudne Pieniądze. Dodatkowo mogą, ale nie muszą, wejść narkotyki, które spełniają rolę jokera. Zagranie naszej postaci może mieć dwa efekty: jeśli zagrywamy Gangstera to otrzymamy profity z legalnej działalności danego przedsiębiorstwa, natomiast używając Członka Rodziny otrzymujemy korzyści z nielegalnych działalności wszystkich przedsiębiorstw leżących w przylegających dzielnicach. 
Gdy wszyscy gracze pozbędą się już figurek to przechodzimy do fazy wojen terytorialnych, w których sprawdzamy nasze wpływy w każdej z dzielnic. Gracz, którego figurki stanowią większość w dzielnicy, kładzie swój żeton kontroli i w następnej turze będzie mógł otrzymywać profity w czasie gdy inni gracze będą wykonywać akcje w jego dzielnicy. Po wojnach przyszedł czas na łapówki. W tej fazie będziemy starali się przekupić wpływowych ludzi, którzy potem mogą nam znacznie pomóc w zwycięstwie. Na koniec musimy zapłacić haracz dla Dona, czyli odrzucić karty do wymaganego limitu (różnego w różnych aktach). Ten kto ma na koniec gry najwięcej gotówki ten wygrywa.

Posiadanie gotówki na koniec gry nie jest jednak takie proste. Pieniądze na ręce się nie liczą, muszę one zostać „wyprane” i schowane do naszej walizeczki. A i te nie są do końca bezpieczne. Trzeba cały czas mądrze zarządzać ręką i dobrze rozgrywać swoją turę, bo każdego błędu gorzko pożałujemy.

Godfather: Imperium Corleone to gra, która wzbudza wiele różnych emocji.  Z pewnością nie jest to gra dla początkujących, a co więcej – jeżeli ktoś zasiada do niej pierwszy raz to musimy go poinformować, że negatywna interakcja to coś, co aż się wylewa z tejże gry. Mamy bronie, ostrzały, wybuchy, wymuszenia, kradzieże, wszystko co może zaszkodzić naszym przeciwnikom.

Gra nam daje kilka możliwości wygranej, wszystko zależy od mentalności współgraczy. Miewałem partie, w których musiałem ostro atakować, bo wiele osób starało się przeszkadzać wszystkim, ale były też osoby, które kierowały się typowo zemstą i skoro „Ty zabiłeś mi jednostkę, to ja zabijam Tobie”, nie ważne, że więcej korzyści dałoby użycie zlecenia w zupełnie innym miejscu, wtedy więc przybierałem formę bardziej bierną i ciułałem sobie powolutku punkty.

Ważnym aspektem tejże gry jest skalowalność. Gra działa całkiem fajnie na 2 osoby, są to w pewnym sensie szachy, całkiem dobrze idzie w 3 osoby, w 4 gra się bardzo dobrze, a w 5 jest najlepiej. Najlepiej, bo zaczyna się robić ciasno na planszy, bardzo szybko musimy dostosowywać swoje plany do zmian na stole, ale przede wszystkim najwięcej figurek kończy śpiąc z rybkami w rzece Hudson, co z pewnością cieszy każdego z atakujących graczy.

Jak już wspomniałem w grze przeważa negatywna interakcja. Z pewnością się to wielu graczom nie spodoba, ale my jesteśmy zwolennikami tego rodzaju rozrywki, więc z pewnością gra trafiła w nasze gusta. Ale nie tylko za sprawą tejże interakcji, sama mechanika broni się świetnie. Połączenie kontroli terenu z wysyłaniem pracowników (gangsterów) wpasowuje się w ten klimat bardzo dobrze.
Skoro o klimacie już mowa. Tutaj też jest sprawa dyskusyjna. Zarzucane jest grze, że tytuł i grafiki są chwytem marketingowym, by większa liczba graczy zakupiła ten tytuł, a wylewający się zewsząd Marlo Brando tylko to może potwierdzać. W grze jest jednak kilka smaczków, takich jak nazwy aktów, które odnoszą się do wydarzeń z filmów, czy przedsiębiorstwa, które były stworzone przez Mario Puzo. Nie wiem jak się to miało do praw autorskich, ale może nie byłby to problem, by wcielać się w takie rodziny jak Barzini, Tattaglia, Stracci, Cuneo czy w końcu Corleone, a postaci, które moglibyśmy kupić za łapówki to Turek, komisarz McCluskey czy klan Bocchicchio. Szkoda, że ten aspekt nie został dopracowany.

Jako wielki fan tematów mafijnych, a w szczególności tych stworzonych przez Mario Puzo, jestem ostatecznie zadowolony z The Godfather: Imperium Corleone. Dla mnie ten tytuł znaczy coś więcej, nie traktuję go jako zwykłą grę planszową. dziele na pół! To pewne przeniesienie mnie w świat pierwszej dekady XX wiecznego Nowego Jorku. Nie nastawiałem się, że będę mógł kierować samym Vito Corleone czy chociażby Sonnym (nie mówię, że nie miałem takiej nadziei, ale wiedziałem, że to mało prawdopodobne), więc nie jestem jakoś wielce rozczarowany z tego powodu.

Kończąc już tę długą (jak na mnie) recenzje chciałbym Wam polecić z całego serca zagranie w Godfathera. Jest to naprawdę bardzo dobra gra, której jedynym mankamentem jest nastawienie się na temat tytułowego Ojca Chrzestnego, którego w grze wiele nie ma. Sama rozgrywka jest bardzo interesująca, wciągająca i nienużąca.


I.
Klimat
5/6
II.
Złożoność
6/6
III.
Oprawa graficzna
5,5/6
IV.
Wykonanie elementów
6/6
V.
Grywalność na 2 graczy
5,5/6
VI.
Grywalność na więcej osób
6/6

Ocena Końcowa: 5,67

Nazwa: Godfather: Imperium Corleone

Wydawca: Portal Games

Rok: 2017

Sugerowana cena: 239 zł

Za grę dziękujemy:

Share:

16 paź 2017

Sterta poleca: 7 ulubionych gier karcianych

Gry karciane to obszerny temat w świecie planszówek. Dzielą się one na kilka rodzajów, ale w każdym tytule wnoszą zawsze powiew nowości lub ciekawostek mechanicznych. W różnych tytułach karty spełniają różne funkcje. Mogą odgrywać rolę postaci, surowców, budynków, akcji, czarów oraz czego tylko wyobraźnia autorów sobie zażyczy. Karcianki mogą być mniejsze, szybsze, ale także większe, bardziej zaawansowane. Dziś mamy dla Was listę siedmiu naszych ulubionych gier karcianych. Zapraszamy do lektury, może uda się kogoś zainspirować?

1. Pirackie Porachunki - ukłon w stronę klasycznych gier karcianych (np. Tysiąc) w wersji dziecięcej. Jako, że gry dla dzieci często bywają zaawansowane w swojej prostocie to w tym tytule będziemy ostro główkować, liczyć, zbierać lewy i dokładnie obstawiać, aby nasze deklaracje okazały się trafne.

2. Łotry - ekonomiczna gra z elementami negatywnej interakcji. W grze budujemy swoje bogactwo dzięki Robotnikom, ale uwaga - przeciwnik tylko czyha, aby ci przeszkodzić lub wręcz bezczelnie ukraść ciężko zarobione złoto.

3. Osadnicy: Narodziny Imperium - świetna, strategiczna gra o budowaniu własnego imperium. W trakcie gry będziemy odkrywać nowe tereny, wznosić budynki potrzebne do produkcji zasobów, a także najeżdżać inne imperia. A wszystko po to aby to Twoja cywilizacja była najpotężniejsza.


4. Red 7 - tytuł ponownie na naszej liście Top. To musi o czymś świadczyć, nieprawdaż? Strategiczne główkowanie i planowanie ruchów, aby w swojej turze być na wygranej pozycji.

5. Loża Szyderców Black - bo karcianki to nie tylko miło spędzony czas przy Makao czy Liście Miłosnym. Karcianki to również potężna dawka czarnego humoru. Autorzy gry mają bardzo pozytywne nastawienie do otaczającej ich szarej rzeczywistości.


6. Rosyjska Ruletka: Mistrzostwa Świata - gratulujemy! Właśnie zakwalifikowaliście się do turnieju z którego niewielu uchodzi żywym. Rosyjska Ruletka to świetna gra karciana, w której jako kapitanowie drużyny walczyć o przetrwanie i zwycięstwo, poprzez poprawne obstawianie ilości naciśnięć spustu bez wystrzału.


7. Strażniczki - lubicie blefować? Polecamy wypróbować ten tytuł. Szybka i kompaktowa gra z mechaniką blefowania, obstawiania oraz draftu. Wydaje się proste? Owszem, ale tylko do czasu, gdy do akcji wejdą specjalne zdolności Strażniczek.


Oto nasze ulubione karcianki. Oczywiście jest ich znacznie więcej, ale wybraliśmy spośród klasyków jak i nowości tytuły, które mogą Was zainteresować. Znajdziecie na tej liście coś szybkiego i rodzinnego, jak również dłuższe tytuły, które sprawią, że podczas nadchodzącej małymi krokami zimy będziecie po nie często sięgać.
Share:

13 paź 2017

Plasternik na mokro raz! - recenzja gry Big Fat Burger

Praca w gastronomi nie należy do łatwych. Stres, wysokie tempo pracy, ale przede wszystkim ludzie, najczęściej niecierpliwi, którzy ciągle gdzieś się spieszą. Dzięki grze Big Fat Burger możemy wcielić się w pracownika gastro, który musi się sprężyć z realizacją zamówień, aby wyjść na plus.

Big Fat Burger to szybka gra wydana przez Trefl, przeznaczona dla 2-5 osób, w której będziemy starali się realizować zamówienia gości przybywających do knajpy. Gra wydana jest w fajny sposób, kolorowy z własnymi, ciekawymi nazwami. W dużym pudełku znajdziemy: 85 kart zamówień/składników, 24 karty specjalne, kartę pierwszego gracza, 5 kart postaci, 5 kart bonusów, 5 kart torów, 5 kart pomocy, 10 żetonów graczy i najciekawsze – planszę, która wykonana jest jako obrus z nadrukowymi miejscami, w których będziemy układać i przesuwać karty.

Reguły rozgrywki są do wytłumaczenie w ciągu kilka minut. Po rozłożeniu obrusa i kart możemy przejść do rozgrywki. Z wyłożonych zamówień musimy (jeśli mamy swój żeton zamówienia i na stole leży niezajęte zamówienie) wybrać jedno i zarezerwować. Następnie możemy dobrać 2 karty składników. Na kartach leżących na obrusie narysowane są burgery i składniki, które są wymagane do ich stworzenia. Naszym celem jest uzbieranie dokładnie takich składników i zrealizowanie zamówienia. Jeśli mamy taką możliwość to odrzucamy karty i odkładamy kartę zamówienia i część składników (zależnie od tego ile zarobiliśmy). Trzecia dostępną akcją jest pobranie karty akcji specjalnej, która pozwala nam kraść składniki przeciwników itd. Możemy wykonać maksymalnie dwie z trzech akcji. Ważne jest, że po każdej swojej turze przesuwamy zamówienie o jedno pole w dół. Jeżeli takie zamówienie „spadnie” do końca to gracz, który je zarezerwował, traci gotówkę. Na koniec  sprawdzamy czy mamy 5 kart na ręce (nie więcej) i jeśli tak to tura przechodzi do kolejnego gracza. Gdy wyczerpie się któryś z trzech stosów składników, gra się kończy, a wygrywa gracz, który na koniec ma najwięcej gotówki.

Rozgrywka w Big Fat Burger jest emocjonująca, gdyż walka o składniki nie jest taka łatwa. Dodatkowo, gdy gracze zaczynają zabierać nam te najpotrzebniejsze składniki to czasem bywa to frustrujące. Jednak każda partia jest inna. Zmieniające się zamówienia, różne taktyki w zależności od posiadanych kart akcji, ale przede wszystkim zmieniające się układy składników w stosach. Wszystko to powoduje, że każda partia jest inna.

Czy inna znaczy gorsza? Otóż naszym zdaniem nie. Te różnice, które występują w każdej partii są czynnikiem, do którego musimy się dostosować. Gra skaluje się całkiem dobrze, w każdym wariancie osobowym gra się dobrze, choć w większej liczbie osób mamy mniej swoich ruchów, a stosy się szybciej wyczerpują.

Podobała nam się też dawka negatywnej interakcji. Nie tylko dbamy o swoje interesy, ale staramy się też dopiec innym. Zagrywanie akcji jest czymś co może nam bardzo pomóc w wygraniu rozgrywki. Często bywa tak, że ktoś posiada składnik, który jest nam niezbędny, więc czemu by go nie ukraść?
Wykonanie elementów stoi na wysokim poziomie. Przede wszystkim jesteśmy zauroczeniu obrusem, który jest czytelny i wykonany w bardzo fajny sposób. No i nie ma problemu z plamami na planszy! Karty są kolorowe, czytelne i zawierają własne nazwy burgerów.

Serdecznie polecamy ją wszystkim, którzy szukają lekkiego tytułu, również do zagrania z dziećmi. Szybka rozgrywka, bo około 30 minut, to dobra propozycja na rodzinny tytuł, przy którym dzieciaki się nie znudzą. Ale polecamy tę Big Fat Burger również starszym graczom, którzy szukają czegoś lekkiego na zakończenie spotkania lub do zagrania w przerwie na większych spotkaniach planszówkowych.

I.
Klimat
5/6
II.
Złożoność
5/6
III.
Oprawa graficzna
5/6
IV.
Wykonanie elementów
5/6
V.
Grywalność na 2 graczy
5/6
VI.
Grywalność na więcej osób
5/6

Ocena Końcowa: 5

Nazwa: Big Fat Burger

Wydawca: Trefl Joker Line

Rok: 2017

Sugerowana cena: 89 zł

Za grę dziękujemy wydawnictwu:

Share:

11 paź 2017

Co skrywa lustro? - recenzja gry Eventide 2: The Sorcerer’s Mirror

Po przygodzie z pierwszą częścią Eventide nie mogłam się doczekać, aż zasiądę do dwójki. Słowiański klimat, znane postacie z legend w grze HOPA bardzo przypadły mi do gustu. Czy i tym razem studio The House of Fables stanęło na wysokości zadania?

Odpowiem na to pytanie na końcu. Studio Artifex Mundi, które jest wydawcą gry przyzwyczaiło nas już do tego, że gry są wysmakowane, dość trudne a fabuła, choć przewidywalna to jednak wciągająca. Tutaj początek gry mamy podobny jak w poprzedniej części. Tym razem jednak porwana zostaje nasza siostrzenica. My oczywiście ponownie wcielamy się w znaną botaniczkę Mary. Ruszamy, więc na ratunek po drodze odkrywając kolejne tajemnice.

Okazuje się, że naszą siostrzenicę porwał Twardowski a pomagał mu w tym… Janosik. Twardowski odkrył, bowiem sposób jak za pomocą magicznego lustra przywoływać dusze zmarłych. Nasza siostrzenica, która jak się okazuje jest łudząco podobna do zmarłej żony Twardowskiego, ma stać się ofiarą, dzięki której Twardowski sprowadzi duszę żony do świata żywych. Cała wioska korzysta z usług Twardowskiego by kontaktować się ze swoimi bliskimi. Rozwiązując kolejne zagadki typu „ukryte obiekty” odkrywamy motywy Janosika, który dzięki nam przestaje pomagać Twardowskiemu, a ostatecznie znajdujemy sposób na pokonanie Twardowskiego i zapewnienie duszom spokoju.

Poziom zagadek przyznam, że tym razem nie był wymagający. Taśmowo rozwiązywałam jedną zagadkę za drugą na poziomie eksperta. Nie było też żadnych zaskoczeń. Dla kogoś, kto już wprawiony jest w grach HOPA, wszystkie zagadki będą znane.

Fabuła gry dość mocno mnie zawiodła. Ja rozumiem, że gry HOPA są zazwyczaj przewidywalne, a nawiązywanie do prawdziwych legend nie musi być dosłowne, ale Janosik, jako zwykły zagubiony wieśniak? Nie tak Polacy postrzegają tę postać! Historia bardzo krótka i przewidywalna. Co do postaci Twardowskiego, to tutaj zadanie domowe zostało odrobione na piątkę. Bo owszem według legendy Twardowski przywołał za pomocą swojego lustra duszę żony… ale nie swojej a króla Zygmunta Augusta. Zabrakło mi też większej ilości nawiązań do słowiańskiej kultury. W pierwszej części były one widoczne wszędzie. Tutaj liczyłam na podobne doznania.

Cała gra jest też bardzo krótka. Dwie godziny na poziomie eksperta? Za mało, za krótko. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam napisy końcowe. Tym razem też, zabrakło rozdziału dodatkowego, który w wielu grach wydawanych przez zabrzańskie studio się pojawia i wydłuża przyjemność.

Ale żeby nie było, że tylko krytykuję czy narzekam. W poprzedniej części bardzo irytowało mnie kilkukrotne wykorzystywanie plansz, które już przeszłam. Czasem trzeba było się mocno wracać po jakiś przedmiot. Takie skakanie powodowało, że gubiłam wątek i po chwili zapominałam, o czym jest opowiadana historia. Tutaj na szczęście twórcy mi tego oszczędzili. Zdarzały się powroty do jednej, dwóch plansz wstecz, ale zazwyczaj tylko raz i to w dodatku było poniekąd uzasadnione scenką fabularną. Zaskoczył mnie też system wyboru wybieranych przez nas rozwiązań. Podobno gra ma kilka zakończeń, ale to już musicie sprawdzić sami.

Oczywiście graficznie Eventide 2: The Sorcerer’s Mirror prezentuje się świetnie. Ręczne malowane tła jak zwykle robią wrażenie a płynne animacje są bardzo dobrze dopracowane. Muzycznie szału nie ma, ale ścieżka dźwiękowa jest dobrze wkomponowana w grę, przez co czasem nawet jej nie zauważamy.

Ciężko mi polecić Eventide 2: The Sorcerer’s Mirror, bo ja mam duży niedosyt. Jeżeli ktoś jeszcze nie miał styczności z tego typu grami to na pierwszy raz jest idealna. Łatwa i krótka, niemęcząca i fabularnie poprawna. Ale dla wytrawnego gracza HOPA ta gra będzie mocno przeciętna, za krótka i za łatwa.

Mam nadzieję, że Eventide 3: Legacy of Legends prezentuje dużo wyższy poziom.


W Eventide 2: The Sorcerer’s Mirror grałam na PlayStation 4, gra jest dostępna na konsole od 24 września. W storze Sony kosztuje 42 złote a na platformie Steam za 7,99 €.

Za grę dziękujemy Artifex Mundi:
Share:

9 paź 2017

Oczami recenzenta: Jak długo się recenzuje gry (gościnnie Diceland)

Temat ten już wstępnie poruszyłem w tekście na temat egzemplarzy recenzenckich. Postanowiłem go poruszyć troszkę szerzej, gdyż spotykamy się z wieloma opiniami, że to przecież nic trudnego. Żeby przeczytać książkę trzeba spędzić kilka-kilkanaście godzin, a w grę wystarczy zagrać i można recenzować. Czy tak jest naprawdę?

Otóż nie! Ludzie z reguły źle podchodzą do tego tematu. Wielu myśli, że jak recenzent dostanie grę to ją odpakowuje, poczyta chwilę instrukcje, siada, gra i pisze recenzje. Może i jest w tym ciut prawdy, ale fragment „gra” nie jest taki oczywisty jak się niektórym wydaje. W naszym gronie staramy się wycisnąć sporo z gry, oczywiście w realnych możliwościach. Zawsze rozgrywamy wszystkie dostępne warianty danej rozgrywki (podstawowe, rozszerzone, jednoosobowe). Bardzo często, bo nie zawsze się uda, rozgrywamy w każdym wariancie osobowym jaki oferuje gra. Więc zakładając, że jedna rozgrywka podstawowa trwa 45 minut, a w grę zasiądziemy od 2 do 5 osób to daje nam już 4 gry po 45 minut. A to tylko wariant podstawowy, gdy dodamy do tego rozszerzenia oferowane przez grę ten czas się wydłuża. Ale jedna partia nie wystarczy. W każdym wariancie rozgrywamy kilka lub kilkanaście partii zanim tekst zostanie napisany. Po co? Otóż przede wszystkimi chcemy określić kilka ważnych czynników, które wpływają na recenzję. Pierwszym z nich jest regrywalność – sprawdzamy czy za każdym razem gra nam się równie ciekawie czy każda rozgrywka jest inna od poprzedniej. Sprawdzamy też losowość i jej wpływ na końcowy wynik. Ważnym aspektem na który zwracamy uwagę jest to czytelność kart i ikon. Bywają gry, które na pierwszy rzut oka są bardzo nieczytelne, ale po drugiej-trzeciej partii ogarniamy już tak ikony, że wszystko wiemy przy pierwszym rzucie oka.

Mamy zatem granie z różna liczbą graczy, mamy granie w różnych wariantach oferowanych przez grę, ale jest jeszcze jeden aspekt na który staramy się zwracać uwagę i udaję się on w miarę często, ale nie tak często jakbyśmy chcieli. Chodzi przede wszystkim o grupy wiekowe. Jeżeli gra jest dedykowana młodszym graczom to staramy się grać z dzieciakami i obserwować jak się bawią, jak reagują na zwycięstwo/porażkę oraz na werdykt końcowy, który uzyskujemy prostym pytaniem „gramy jeszcze raz?”. Bywa tak, że dzieci nieświadome nadchodzącego pytania same krzyczą, że chcą jeszcze raz, albo pytają czy mamy coś innego. Gorzej wypadamy w testowaniu gier przeznaczonych dla doświadczonych graczy. Testujemy je przede wszystkim w swoim gronie, czasem zagramy z nastolatkami, czasem zagramy z osobami po 50ce. Jednak nie mamy możliwości robienia tego tak często jak byśmy chcieli.

Podsumowując – recenzowanie gier zajmuje nam kilkanaście, czasem ponad 20 dni, licząc same rozgrywki. Gdyby przeliczając to na rozgrywki to musimy poświęcić około 20 godzin na daną grę, nie licząc późniejszego pisania tekstu i fotografowania. Wiadomo, że są gry krótkie, które recenzujemy szybko, ale bywają też duże, z którymi schodzi nam dłużej. Nie jest więc tak kolorowo jakby się mogło niektórym wydawać


DICELAND: Gdy stajesz przed półką z grami, ponieważ chciałbyś w coś zagrać, myślisz sobie co tym razem. Ulubiona Agricola? Może kolejna partia w świetną Terraformację Marsa? Albo spróbujemy swoich sił w Alchemikach? Jednak po chwili zdajesz sobie sprawę, że przecież jesteś recenzentem (z własnego wyboru) i nie możesz zagrać w to co lubisz, tylko w to co musisz. Mina nieco rzednie, zerkasz na swoją listę gier do recenzji, widzisz że deadline jest nieubłagany i jako że jesteś profesjonalny, decydujesz się na grę, która jest pierwsza w kolejce recenzenckiej. Zaczynasz czytać zasady, następnie jeśli nie do końca wszystko zrozumiałeś, czytasz je ponownie (musisz znać dobrze grę i grać poprawnie jeśli chcesz być profesjonalny). Gdy nadchodzi ten moment, w którym zrozumiałeś grę, to siadasz do pierwszej partii. Zaraz po niej czytasz ponownie zasady sprawdzając czy wszystko robiłeś poprawnie. Nie? Hmmm… w następnej zagramy poprawnie. Oczywiście tyczy się to gier bardziej zaawansowanych, które zawierają setki mini reguł i nie sposób je wszystkie zapamiętać. Co gorsza, wiele instrukcji zawiera zbyt dużo skrótów myślowych i czasem o pewnych zasadach dowiadujesz się z różnych forum, Board Game Geek czy też zagranicznych gameplayów. Czasem jednak wystarczy rzucić okiem na angielską instrukcję, która zazwyczaj jest lepsza od polskiego odpowiednika.

Spoglądasz na pudełko i widzisz, że gra jest przeznaczona dla od 1 do 5 osób. No więc wypadałoby sprawdzić grę w każdym wariancie osobowym. Dzisiaj nie bardzo możesz przetestować wariant trzyosobowy, czy czteroosobowy, gdyż akurat nie masz nikogo w pobliżu, kto byłby chętny na partyjkę w daną grę. Dlatego też musisz znaleźć takie osoby, lub poczekać z recenzją do momentu aż w końcu uda ci się zagrać w takim wariancie. Rozgrywki solowe nie zawsze należą do najprzyjemniejszych, gdyż jak dla mnie gry planszowe to raczej ludzie, społeczność, rywalizacja, a nie nudne klepanie jak najwyższych wyników i pasjansowe rozgrywki. W końcu udało ci się rozegrać partie w każdym wariancie osobowym.

Jako że jesteś profesjonalistą, to starasz się przygotować dobre zdjęcia, które spodobają się czytelnikom. Dlatego też kolejnym etapem jest sesja zdjęciowa elementów gry. Dlatego też musisz się do tego odpowiednio przygotować, ponieważ wiesz, że starasz się zrobić zdjęcia produktowe. Nie, nie podobają mi się zdjęcia recenzentów na różnego rodzaju dywanach, stołach i tłach, które nie potrzebnie odwracają uwagę od najważniejszej rzeczy, czyli elementów gry. Takie mini studio należy odpowiednio przygotować. Patrzysz za okno i widzisz, że jest późna godzina i słońce już zaszło, a przy sztucznym świetle, zdjęcia nie wychodzą tak jak byś chciał. No więc czekasz na kolejny dzień i dopiero wtedy się tym zajmujesz. Cykasz około 100 zdjęć różnym elementom, w różnych konfiguracjach, by następnie dokonać ostrej selekcji tych najlepszych. Kolejnym krokiem jest obróbka graficzna, kadrowanie, zmniejszanie rozmiarów zdjęcia na bloga, podkręcenie kolorów, dodanie więcej światła, itd. Mamy zdjęcia, no więc możemy zacząć pisać w końcu recenzję, ale przedtem należy odpowiednio przygotować szablon i miniaturkę recenzji. Udało się? Ok. Lecimy dalej. Moje recenzje są podzielone na 3 główne elementy: wykonanie, rozgrywka i podsumowanie. W wykonaniu staram się pokazać jak najwięcej zdjęć wszystkich elementów gry i opisać ich wygląd i jakość. W rozgrywce opisuję główne zasady gry, pomijając te bardziej szczegółowe. Podsumowanie to najważniejsza część czyli sedno recenzji. Tutaj staram się napisać wszystko co o grze myślę, jakie były moje wrażenia podczas rozgrywki, trochę o skalowalności, mechanice, regrywalności itd. Jeszcze jedną ważną rzeczą jest SEO, czyli narzędzie, która jest związane z wyszukiwarką Google. Jeśli chcesz, by twoja recenzja była wysoko w wynikach wyszukiwania i ludzie trafiali na twoją stronę, to musisz też nad tym trochę popracować. Gdy już recenzja jest gotowa, należałoby ją przeczytać. Podczas pierwszego jej czytania wyłapujesz pewne zdania, które należałoby poprawić. Jednak nigdy, przenigdy nie uda ci się wyłapać wszystkiego. Dlatego też czekasz, aż tekst przeczyta druga osoba. Wtedy też wyłapie ona błędy, których ty nie zauważyłeś. Ostatecznie można powiedzieć, że recenzja jest gotowa. No to udostępniasz ją na stronie i przechodzisz do kolejnego kroku.

Marketing, czyli promowanie swojego bloga. Czy to na specjalnych grupach na facebooku, czy to na forum, wysłanie maila do wydawnictwa o gotowości recenzji. Dodatkowo należałoby odpisywać na komentarze czytelników i wszelkie pytania związane z grą.

Jak widzicie pisanie recenzji, to nie jest lekka sprawa. W moim przypadku są to długie godziny poświęcone jednemu tytułowi. Pomijając już same rozgrywki, które przy cięższych i dłuższych tytułach zabierają sporo cennego czasu. Samo napisanie recenzji i wykonanie zdjęć, to kwestia od 4 do 8 godzin. Tak jak wcześniej wspominałem, dochodzą do tego różnego rodzaju zmienne, które zazwyczaj wydłużają jeszcze bardziej ten czas. Kiedyś gdy byłem tylko graczem, to miałem zdecydowanie więcej czasu na granie i ogrywanie ulubionych tytułów. Teraz jako recenzent mam tego czasu znacznie mniej, ale tak jak mówiłem jest to mój wybór, dlatego że lubię to robić. A nie oznacza to, że czasem po prostu ci się nie chcę i wolisz swój wolny czas poświęcić po prostu na odpoczynek. Przecież życie nie polega tylko na graniu w gry planszowe, czy pisaniu o nich. Często padają zarzuty, że recenzenci dostają swoje gry za darmo. Nie, nie dostajemy ich za darmo! Jest to praca jak każda inna, może i w ramach twojego hobby, ale wciąż praca. Dlatego też bądźmy poważni w tej kwestii i przestańmy rzucać tego typu teksty wyssane z palca. Jeśli chcesz dostawać gry „za darmo” to zacznij działać w tej kwestii. Załóż bloga, opłać płatne hostingi, zajmij się grafiką lub zapłać za płatny szablon. Zadbaj o marketing i wypromowanie go, gdyż żadne wydawnictwo nie wyślę ci gry jeśli nie będziesz miał czytelników. Napisz przynajmniej 10 nie byle jakich recenzji i wtedy jeszcze raz się zastanów nad pytaniem, „czy recenzenci dostają gry za darmo?”

My ze swojej strony serdecznie dziękujemy naszemu gościowi za obszerną odpowiedź. A jakie jest Wasze zdanie w tym temacie? Zgadzacie się z tym co napisaliśmy czy nie?
Dodatkowo jeżeli macie jakieś pytania czy chcielibyście, abyśmy napisali na jakiś konkretny temat z naszej perspektywy to również zapraszamy do komentowania!
Share:

8 paź 2017

Co czarny ma białego? - Recenzja gry Loża Szyderców Black [+18]


Chyba nie ma osoby w świecie planszówek, która nie słyszałaby najpierw o Cards Against Humanity, a później o polskiej Loży Szyderców. Jeśli na sali są takie osoby, prosimy o natychmiastowe zapoznanie się z z drugim tytułem. Albowiem wspieramy polski rynek i gospodarkę. Tak też pomyśleli twórcy gry i dali drugi powód, aby państwo zgarnęło podatek od zakupu i sprzedaży. Proszę państwa - przedstawiamy nową - jeszcze bardziej szyderczą i chamską wersję Loży - Loża Szyderców Black.

Dla przypomnienia - Loża szyderców to imprezowa gra karciana. Przeznaczona jest dla osób o dużym poczuciu humoru ogólnego i internetowego, a także z dystansem do świata, do sytuacji w kraju i za granicą. Dotychczas na rynku pojawiła się pierwsza wersja gry (Biała) oraz dwa dodatki z kilkudziesięcioma nowymi kartami odpowiedzi.

Przypomnijmy sobie również szybko zasady. Każdy z graczy otrzymuje na rękę 9 kart odpowiedzi. W każdej turze osoba zwana sędzią czyta treść karty ze stosu pytań, a pozostali rzucają po jednej karcie odpowiedzi, tak aby tekst na niej był niewidoczny dla innych. Sędzia zbiera karty, tasuje je i wybiera jego zdaniem najbardziej celną szyderczą odpowiedź. Gracz, który podał tą odpowiedź, zabiera kartę pytania jako punkt.

Loża Szyderców Black to ulepszona wersja jej starszej siostry. Wykonaniem się niewiele różnią. Pudełka w obu wersjach stoją na wysokim poziomie. Są solidne i twarde. Oczywistym jest tylko to, że różnią się kolorem. A skoro już jesteśmy przy pudełku to już przy jego otwieraniu doznamy pierwszej szydery. Twórcy genialnie połączyli całkiem oczywisty tekst z internetowym memem, który w całości zmienia znaczenie zdania. Karty również są solidne - nie połamią się łatwo podczas wielu rozgrywek.

Co zatem się zmieniło? W wersji Black znajdziemy jeszcze więcej chamskiej, soczystej szydery. Pierwsza wersja była grzeczna jak Dennis Rozrabiaka podczas przygotowań do pierwszej komunii. Tutaj twórcy poszli na całość i wyśmiewają polską rzeczywistość, znanych polityków, aktorów, twórców internetowych. Mamy nadzieję, że ani wydawnictwa, ani nas nie odwiedziło i nie odwiedzi ABW lub inne polskie organy ścigania, za niektóre połączenia odpowiedzi dotyczących polskiej obrony narodowej.

Edycja Black wnosi również opcję łączenia, nie jednej, nie dwóch, a trzech odpowiedzi. W podstawce mogliśmy już udzielać dwóch odpowiedzi, co było czasem nie lada wyzwaniem. Więc proszę sobie wyobrazić jak mocno trzeba się nagłówkować, aby stworzyć coś inteligentnie szyderczego z trzech odpowiedzi, gdy na ręce widnieją odpowiedzi typu Klej do protez, Asfalt, SMS o treści POMAGAM czy też Ciężko pracujący cygan. Dodatkową niespodzianką, są ilustrowane karty odpowiedzi, które mogą Wam urozmaicić rozgrywkę i czasem jeszcze bardziej rozweselić towarzystwo. 

Bo o to głównie chodzi w Loży Szyderców Black. Aby zakończyć rozgrywkę z bolącym od śmiechu brzuchem. Oczywiście element rywalizacji to podstawa bo grę kończymy po 13 rundach, a wygrywa gracz, który zdobył swoimi odpowiedziami, jak najwięcej kart pytań. 

Oczywiście znajdą się i takie osoby, które będą uważały, że humor w LSB to już lekka przesada. My sądzimy, że w grze wszystko zależy od indywidualnego poczucia humoru oraz podejścia graczy do tego, że grają w grę wyprodukowaną przez malutkie chińskie rączki. 

Lożę Szyderców Black polecamy osobom z wysokim poczuciem (zwłaszcza czarnego) humoru. Gra się dobrze w mniejszym gronie, ale powiedzmy sobie szczerze - w większym gronie pada więcej odpowiedzi co zwiększa szyderę, a co za tym idzie zwiększa się dobra zabawa. Bo trzeba nadać trochę polotu i finezji w tym smutnym jak p**** świecie. A odpowiedź na pytanie tytułowe znajdziecie na jednej z wielu kart w pierwszej wersji gry, którą również polecamy wypróbować! 



I.
Klimat
5/6
II.
Złożoność
5/6
III.
Oprawa graficzna
5/6
IV.
Wykonanie elementów
5/6
V.
Grywalność na 2 graczy
-/6
VI.
Grywalność na więcej osób
6/6

Ocena Końcowa: 5,2


Nazwa: Loża Szyderców

Wydawca: Loża Szyderców

Rok: 2017

Sugerowana cena: 99,99 zł

Za grę dziękujemy Loży Szyderców


Share:

7 paź 2017

A Ty co zasadzisz? - Recenzja gry Niezłe Ziółka

W ostatnim czasie przychodzą nam raczej cięższe tytuły. Lorenzo, Zamki Burgundii czy Ojciec Chrzestny to tytuły, które wymagają sporo czasu na przygotowanie się do rozgrywki (przeczytanie instrukcji) jak i na samo ogranie tytułu (o tym jak długo ogrywamy tytuł przed recenzją przeczytacie w serii Oczami Recenzenta). W takich sytuacjach dobrze sprawdzają się tak zwane filery czyli lekki tytuły, które są przerywnikami między dużymi partiami. Gry do których siadamy, gdy nie mamy wiele czasu. Taką grą są Niezłe Ziółka, ale czy dobrze sprawdzają się w swojej roli?

Niezłe Ziółka to szybki rodzinny tytuł wydawnictwa Granna przeznaczony dla graczy powyżej 8 roku życia. Gra zawiera wariant solo, a maksymalna liczba graczy to 4. Czas gry? 15-20 minut razem z rozłożeniem. W małym, poręcznym pudełku znajdziemy 63 karty ziół, 9 kart ziół specjalnych, 16 kart naczyń, kartę ziołowego ciastka, 10 kart o ziołach, 4 karty pomocy, 1 karta osiągnięć.

Wydanie gry jest przyjemne dla oka. Kolorowe karty ziół z grafikami przedstawiającymi dane ziele, są czytelne i kolorowe. Dodatkowo zawarte w pudełku 10 kart o ziołach to przydatne informacje, szczególnie dla młodszych graczy, którzy mogą poznać zarówno wygląd danego zioła jak i historie i ciekawostki o nim.

Rozgrywka w Niezłe Ziółka jest szybka i banalnie prosta. Każdy z graczy otrzymuje 4 naczynia, w których będzie mógł raz w grze umieścić zebrane zioła – im więcej (w niektórych takie same, w innych parami itp.) tym więcej punktów na koniec gry. W zależności od liczby graczy usuwamy konkretną liczbę kart z talii. Przed sobą będziemy prowadzić nasz prywatny ogród, a na środku stołu będzie wspólny ogród. W swojej turze mamy dwie akcje do wyboru: przesadzenie ziół i sianie ziół. Pierwsza akcja jest opcjonalna i polega na pobraniu kart z ogrodów, wspólnego i prywatnego, i  umieszczenie ich z boku, pod kartą naczynia. Druga akcja jest obowiązkowa i polega na dobieraniu kart: pobieramy pierwszą kartę i decydujemy czy umieszczamy je w ogrodzie dostępnym dla wszystkich czy może w naszym prywatnym. Po wyborze pociągamy kolejną kartę i dokładamy w miejsce, którego nie wybraliśmy w pierwszym ruchu. Gramy do czasu skończenia talii kart ziół. Punkty dostajemy za karty naczyń oraz za każdą kartę w naszym prywatnym ogrodzie. Wygrywa gracz z większą liczbą punktów.

Niezłe Ziółka oferują również wariant drużynowy, drużynowy ekspercki i solo. Warto się z nimi zapoznać, gdyż pozwalają poznać grę z innej strony. Warianty te dają również dużo frajdy, a w trybie solo można śrubować swój wynik by przejść od Ogrodnika Amatora, aż po Mistrza ogrodnictwa.

Wrażenia z  gry są  całkiem pozytywne. Gra jest prosta, szybka, ale daje dużo frajdy. Przede wszystkim musimy być skupieni na kartach, by nie przepuścić opcji zdobycia dużej ilości punktów. Przeciwnicy mogą nas ubiec i zabrać potrzebne karty. Bardzo ciekawą mechaniką jest zastosowane tutaj pobieranie kart i widzielibyśmy je również w innych tytułach.

Jeżeli poszukujecie krótkiego, acz bardzo ciekawego filera to Niezłe Ziółka będą raczej dobrym tytułem. Jest ładnie wydany, setup gry jest szybki, nie potrzeba wiele miejsca.  Jednak jeśli szukacie gry, w którą będziecie grać pół wieczoru to muszę Was rozczarować – Niezłe Ziółka nie zachwycają swoją regrywalnością (co nie oznacza, że wcale nie są regrywalne). Polecamy tym, którzy szukają typowego filera, bądź gry na wyjazd jako jedną z wielu, no i oczywiście polecamy wszystkim fanom ziół. Gra może również posłużyć dobrze do gry z dziećmi, a przy okazji do nauczania ich nazewnictwa różnych ziół.

I.
Klimat
5/6
II.
Złożoność
6/6
III.
Oprawa graficzna
5,5/6
IV.
Wykonanie elementów
4,5/6
V.
Grywalność na 2 graczy
4/6
VI.
Grywalność na więcej osób
4/6

Ocena Końcowa: 4,83

Nazwa: Niezłe Ziółka

Wydawca: Granna

Rok: 2017

Sugerowana cena: 26,95 zł

Za grę dziękujemy wydawnictwu Granna:


Share:

My na Facebooku

Labels