16 wrz 2021

Skąd Wikingowie wracają? – recenzja gry Reavers of Midgard

Odpowiedź zapożyczona od wielkiego, polskiego reżysera wydawałaby się tutaj idealna. Jednak Wikingowie nie robili sobie wycieczek kulturalno – krajoznawczych, a przynajmniej nie w łagodnej ich wersji. Ichniejsze „wycieczki” polegały głównie na zabijaniu morskich potworów, plądrowaniu zamków i wiosek oraz nieustannym zwiększaniu swojej sławy przez owe czyny. Chcecie się też zapisać w pieśniach bardów i na kartach historii opowiadanej z pokolenia na pokolenie? Zagrajcie w Reavers of Midgard

Reavers of Midgard wydawnictwa Portal Games to strategiczna gra planszowa dla 2-4 graczy w wieku 14+. W grze stajecie się dowódcami okrętów z własną załogą. Będziecie zapuszczać się na dalekie wyprawy, by zostać najbardziej uznanymi łupieżcami w całym Midgardzie. Kto z was zdobędzie najwięcej punktów zwycięstwa na koniec gry – zwycięży rozgrywkę.

Standardowo parę słów o wykonaniu gry. Reavers of Midgard przychodzi do nas w dużym i ciężkim pudełku. Naprawdę ciężkim – jeśli znajdą się ambitni gracze, to mogą nawet przypakować bicepsy, ćwicząc z pudełkiem jak z hantlami. A to za sprawą ilości komponentów – od dużej planszy, przez masę żetonów, kart i przede wszystkim kości! Mimo że są ich tylko 4 rodzaje w pudełku, to fizycznie jest ich naprawdę sporo (66 sztuk), bo reprezentują one załogę waszych langskipów, którymi dowodzicie. Nie ma co owijać w bawełnę — wykonanie gry jest super. Ładne, customowe kostki. Twardawe żetony i karty, piękne ilustracje. I chociaż na planszy może bywać tłoczno od komponentów i ikonografik, to nie odczuliśmy, że jest coś nieczytelne. Wręcz można zrozumieć, że wszystko ma ręce i nogi i niektóre symbole po prostu muszą się tam znajdować, by pomagać graczom wykonywać akcje.

Gra Reavers of Midgard to sequel gry pod tytułem Wojownicy Midgardu wydanej parę lat temu pod szyldem innego polskiego wydawnictwa. I chociaż jest to odrębny tytuł, to znajdziemy tutaj parę wspólnych cech. Jednak nie będziemy tutaj robić porównania obu tytułów, tylko przejdziemy prosto do omówienia zasad RoM. Gdy już uporacie się z rozłożeniem wszystkich elementów na planszy, a także z pierwszym wyborem, w jaki sposób chcecie wykorzystać waszą załogę, czas na samą rozgrywkę. Gra toczy się przez 6 rund, podczas których będziecie stawiać swoje langskipy na planszy i wykonywać akcje związane z danym polem. I tutaj już pojawia się mały twist – akcję wybraną przez aktywnego gracza wykonują wszyscy, ale to pierwsza osoba pobiera największe korzyści z danego obszaru – kolejni gracze już tych korzyści otrzymają mniej lub jeśli nie chcą albo wręcz nie mogą skorzystać z tej akcji – wykonują tzw. odpoczynek. W momencie, gdy wszyscy gracze rozpatrzą akcję pierwszego gracza, tura przechodzi do kolejnej osoby i ona także stawia swój pionek na planszy, ale już na innym polu akcji (niezajętym) i w analogiczny sposób pozyskuje ona najwięcej dobra dzięki swojemu wyborowi. W ten sposób wszyscy gracze muszą wyłożyć na planszę swoje langskipy i wykonać (lub odpocząć) akcje związane z danym polem. Po tym przechodzicie do kolejnej rundy i w ten sposób gra toczy się przez 6 pełnych rund.
 
No dobra, ale kładziemy te pionki i co dalej? Otóż na planszy mamy dostępnych sześć pól akcji, gdzie możemy między innymi rekrutować nowych członków załogi – czy to jako Łupieżców lub Jarlów, czy też zainwestować w ich specjalizację, która będzie nam dawała dodatkowe korzyści podczas wykonywania określonych akcji. Do wyboru mamy również handel z wioskami, gdzie de facto pozyskujemy wszelakie dobra. Gdy już te dobra/zasoby pozyskamy, to możemy się wybrać na morską bitwę, gdzie stoczymy epicki pojedynek z draugrami czy innymi pomiotami zła. Do wyboru również mamy to, co wikingowie lubią najbardziej, czyli najazd na twierdzę, wioski oraz przejmowanie terenów. W dwóch pierwszych opcjach można zdobyć różne bonusy (surowce lub umiejętności), a także karty łupów, za które będziecie punktować na koniec gry. W akcji przejęciu terytoriów jak sama nazwa wskazuje – zajmujecie nowe tereny na mapie świata. Możecie to zrobić pokojowo lub siłą. Niezależnie od decyzji bonus otrzymacie tak czy siak (o ile spełnicie wymagania). Wykonujecie to wszystko po to, aby zebrać jak najwięcej punktów zwycięstwa w trakcie gry, a także by podczas finalnego podliczania po szóstej rundzie, móc zdobyć ich jeszcze więcej.

Oczywiście to jest skrót tego, co znajdziecie w grze Reavers of Midgard. Gra pomimo tych sześciu dostępnych akcji oferuje tak wiele, że będziecie siedzieć przy stole cały czas skupieni na tym, co się dzieje dookoła. Bardzo ciekawą mechaniką jest to, że kiedy ktoś wybiera daną akcję, to nie staje się ona niedostępna dla wszystkich. Każdy gracz ma możliwość wykorzystania tej akcji, jeśli spełnia jej wymagania. Uczulamy jednak, aby ruchy swoje wykonywać po kolei, bo czasem robi się trochę zamieszania, gdy nagle wszyscy na raz zaczną działać.

Kolejną interesującą mechaniką jest to, że podczas zatrudniania łupieżców wybieracie, czy zyskacie po prostu kolejnych członków załogi (dodatkowe kostki) czy wypromujecie ich na lidera bądź czy zechcecie ich rozwinąć w danej specjalizacji. Tak naprawdę każdy wybór tutaj jest ważny, bo kości przydadzą się wszędzie – do najeżdżania na wioski, jak i do bitwy z morskimi monstrami. Ale warto też szkolić się, bo gdy zdobędziecie już taką możliwość, to możecie korzystać ze specjalnych umiejętności, gdy dowolny gracz stanie na konkretnym polu akcji, gdzie jesteście już wyszkoleni.

Warto zatrzymać się chwilę przy bitwach morskich. Wyglądają one tak, że aby w ogóle wypłynąć za morze musicie opłacić koszt w jedzeniu i sprawdzić, czy nie spotkała was jakaś przykra niespodzianka na wodzie. Dopiero po dopłynięciu do celu, jakim jest upatrzony z wyłożonych kart na stole potwór, możecie się z nim mierzyć. I tutaj są dwie opcje – albo odrzucicie kości z dokładnie takimi symbolami, jakie wskazuje karta monstra, albo będziecie rzucać kośćmi walki, by przewyższyć jego siłę. Chyba nie musimy mówić, że wygrana z takim potworem daje sporo punktów?

A jeśli chodzi o same punkty – to trzeba zaznaczyć, że Reavers of Midgard to jedna wielka gra z mechaniką set collection. Owszem występują takie mechaniki jak worker placement, dobieranie kart, rzuty kośćmi czy nawet engine building. Jednak ma się wrażenie, że główne źródło punktów to tak naprawdę zbieranie żetonów i setów kart dzięki najazdom na wioski czy twierdze. Co ciekawe – bardzo trudno przewidzieć kto wygra partię – napięcie pozostaje do ostatniej chwili.

Słowem podsumowania – gorąco polecamy grę Reavers of Midgard. Bardzo nam się podobało to, że cały czas wykonujemy jakieś akcje, nawet gdy nie jest nasza tura. Tak więc musicie być czujni i obserwować sytuację na planszy, żeby nie przegapić możliwości, które mogą wam dać przeciwnicy. W grze trzeba trochę pokombinować, trochę pomyśleć no i mieć oczy dookoła głowy. Musicie także balansować pomiędzy zdobywaniem punktów w trakcie gry a tymi naliczanymi na koniec gry. Grę Reavers of Midgard polecamy wszystkim, którzy lubią mechanikę zbierania setów, a przede wszystkim, którzy lubią długie gry euro, w których punktuje się tak naprawdę za wszystko. Dosłownie. Oprócz surowców oczywiście – kto by liczył surowce, skoro punkty są ważniejsze! Warto zagrać!

Nazwa: Reavers of Midgard
Wydawnictwo: Portal Games
Rok wydania: 2021
Grę najtaniej kupisz TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu Portal Games za wysłanie egzemplarza recenzenckiego 


 
 
Share:

11 wrz 2021

Układaj wzory i zdobywaj karty - recenzja gry Tu i Tam

Ryan Laukat to autor, który lubi się bawić tytułami. Mieliśmy już Bliżej i Dalej, mieliśmy Górą i Dołem, a jakiś czas temu otrzymaliśmy Tu i Tam (choć w wersji angielskiej to po prostu ROAM). Co ciekawe – dwa pierwsze tytuły zostały wydane przez BARD, podczas gdy Tu i Tam to tytuł od wchodzących z buta na rynek Lucky Duck Games. Czy ta mała gra (w porównaniu do swych poprzedników) jest warta waszej uwagi?

Tu i Tam to niepozorna gra łącząca ze sobą kilka mechanik, takich jak: licytacje, zbieranie kart, kontrolowanie terenu. Do gry może zasiąść od 2 do 4 osób, jedna partia to około 40 minut, a z zasadami poradzę sobie już ośmiolatkowie. W pudełku z grą znajdziemy: 43 karty krain/postaci, 12 kart startowych, 24 kafelki artefaktów, 96 znaczników eksploracji, 36 żetonów monet oraz instrukcję.

Wykonanie gry jest przede wszystkim bardzo ładne. Grafiki zachęcają do sięgnięcia po ten tytuł, a po otwarciu dostajemy karty przedstawiające postaci i krainy, które zostały wymalowane w bardzo ciekawy, estetyczny sposób. Wykonanie kart, jak i pozostałych elementów, jest bardzo dobre i zdecydowanie gra wystarczy na wiele partii.

Jeżeli chodzi o same zasady, to są one proste i łatwe do przyswojenia. Podczas przygotowywania do rozgrywki rozkładamy 6 kart krain i bardzo ważne jest, by każdy z graczy zajął miejsce przy jednej z krawędzi tak ułożonego prostokąta, bo od tego będzie zależeć, jak będzie układać znaczniki. Na kartach początkowych (oraz potem na kartach które będziemy zdobywać) znajdziemy symbole przypominające te z Tetrisa. Celem graczy jest zdobywanie kolejnych kart, z tych ułożonych na środku stołu. Aby to zrobić, trzeba mieć przewagę swoich żetonów na danej karcie (karty terenu mają 6 pól do zapełnienia). Zdobyte karty to nie tylko punkty na koniec gry, ale także dodatkowe możliwości układania naszych żetonów. Gdy wykorzystamy daną kartę (ułożymy swoje żetony w danej konfiguracji na środku stołu), to ją obracamy i będzie dla nas dostępna dopiero po ”odpoczynku”. Odpoczynek następuje, gdy nie mamy żadnej dostępnej karty – wtedy wszystkie obracamy stroną aktywną do góry. Możemy to przyspieszyć i zrobić odpoczynek wcześniej, ale dopłacamy za to złotem – dokładnie 1 monetą za każdą niewykorzystaną kartę. Gra toczy się do momentu, aż któryś z graczy uzyska 10 kart. Wtedy przechodzimy do punktacji – każda karta warta jest nadrukowaną liczbę punktów, a gracz z ich największą liczbą zostaje zwycięzcą.

Powyżej mogliście przeczytać skrót zasad, jest jednak kilka aspektów, na które chcielibyśmy zwrócić uwagę. Po pierwsze, układanie żetonów – jest ono uzależnione od tego, gdzie siedzimy, gdyż naszych „figur” tetrisowych nie możemy obracać. Musimy je układać dokładnie tak, jak wygląda to z naszej perspektywy, co oznacza, że mimo takich samych kart startowych, gracze będą inaczej układać swoje figury. Dodatkowo w grze mamy licytację – jeżeli jest remis na karcie, to mamy jeden strzał, by zalicytować monetami ile jesteśmy w stanie zapłacić, by zdobyć kartę.

Co nam się najbardziej w grze podobało? Otóż fakt, że ma ona bardzo niski próg wejścia, a daje naprawdę dużo frajdy i wiele momentów do pokombinowania i obrania odpowiedniej strategii. Jest tutaj też sporo interakcji. Z jednej strony staramy się zdominować kartę, a z drugiej chcemy choć zaznaczyć swoją obecność na takowej, bo nawet jak jej nie zdobędziemy, to w ramach rekompensaty otrzymamy złoto. Jest tutaj naprawdę wiele możliwości i strategii. Czasem warto powalczyć o bardziej wartościowe karty, ale z drugiej strony te mniej warte punktowo, ale szybko uzbierane, mogą nam dać zwycięstwo.

Tu i Tam to gra szybka, z prostymi zasadami i pięknymi ilustracjami. Można do niej zasiąść w gronie międzypokoleniowym i każdy będzie się dobrze bawić. Jest to gra, którą naprawdę warto mieć na swojej półce, a jej jedyny minus to fakt, że zajmuje dość sporo miejsca na stole w porównaniu do wielkości pudełka. Gra się bardzo dobrze skaluje, zawiera kilka wariantów rozgrywki, łączy kilka znanych mechanik, więc zdecydowanie polecamy, byście ją wypróbowali!

Nazwa: Tu i Tam

Wydawnictwo: Lucky Duck Games
Rok wydania: 2021
Grę najtaniej kupisz TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu 
Lucky Duck Games za wysłanie egzemplarza recenzenckiego 













Share:

9 wrz 2021

Przygoda, zdrada, potwory i humor – recenzja gry To ja go tnę!

Lubicie gry imprezowe z podkładaniem sobie świni? Podobały wam się tytuły takie jak Eksplodujące Kotki, czy Odjechane Jednorożce? To świetnie! Bo dziś przychodzimy z nową propozycją kolejnej szalonej gry imprezowej z dużą dawką negatywnej interakcji. Zapraszamy na recenzję gry To ja go tnę!.

To ja go tnę! to imprezowa gra karciana dla 2-6 osób w wieku 10+. W grze musicie zebrać drużynę bohaterów i wyruszyć na epicką przygodę, gdzie będziecie pokonywać groźnych przeciwników oraz krzyżować plany pozostałych graczy. Niech przygoda i humor dominują podczas waszej próby pokonania fantastycznych potworów i rekrutowania bohaterów do drużyny.

O wykonaniu tytułu To ja go tnę! opowiemy bardzo krótko. Gra przychodzi do nas w średniej wielkości pudełku, a w środku znajdziemy ponad 130 kart, dwie kości sześcienne oraz instrukcję. Wszystko ładnie schowane w dobrze zaprojektowanej wyprasce, ale pomimo to karty i tak czasem lubią uciec ze swojego miejsca. Naszym zdaniem mogłyby być one wydrukowane na grubszym papierze. Mając na uwadze, że jest to gra imprezowa, to będzie używana na stole z różnymi napojami i przekąskami, a z tymi wiadomo… Chwila nieuwagi i karty stają się mokre i brudne. Warto przemyśleć kwestię koszulek do gry. Oprócz tego – wykonanie nam się bardzo podoba, a ilustracje ewidentnie nawiązują do tych z Odjechanych Jednorożców.

Gra To ja go tnę! to szybka gra karciana, więc i zasady nie mogą być zbyt skomplikowane. Po bardzo szybkim przygotowaniu (tasowanie odpowiednich talii kart i rozdaniu ręki startowej graczom) jesteście gotowi do gry. Tury graczy przebiegają zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. A w trakcie swoich tur macie do wykorzystania trzy punkty akcji, które możecie zużyć do odpalenia dalej opisanych akcji. Do wyboru macie dobranie kolejnej karty na rękę z talii głównej. Zagranie karty bohatera, przedmiotu lub magii z ręki i odpalenie jej efektu specjalnego. Warto dodać, że możecie odpalać efekty z kart nie tylko podczas ich zagrywania, ale także z tych kart, które już zostały przez was wyłożone na stół – za odpowiednim kosztem w postaci punktów akcji oczywiście. Poza tym możecie zaatakować potwory, by po ich pokonaniu korzystać z ich specjalnych umiejętności. Ostatecznie, jeśli nie podchodzą wam karty na ręce – za pełną pulę punktów akcji możecie je odrzucić i dobrać 5 nowych na rękę. Gdy zagracie swoje akcje (wykorzystacie punkty akcji), tura przechodzi do kolejnej osoby i rozgrywa ona swoją kolejkę. W ten sposób gra się toczy do momentu, aż ktoś nie ubije trzech potworów, lub na koniec swojej tury będzie mieć pełną drużynę, składającą się z 6 różnych klas postaci. Proste prawda?

Bardzo proste, bo oczywiście – jest lekki element strategii i planowania swoich ruchów, to jednak jest to gra raczej imprezowa, dająca dużą dawkę dobrej zabawy. Walka z potworami polega na wykonaniu testu – rzucamy kośćmi sześciennymi, dodajemy ewentualne modyfikatory z kart lub umiejętności, a finalny wynik porównujemy z warunkiem zapisanym na karcie potwora. Jeśli odnieśliśmy sukces – dodajemy go do naszego obszaru gry. Jeśli nie – tracimy jednego z naszych bohaterów. W grze, oprócz kart modyfikatorów, występują również karty magii, przedmiotów czy wyzwań. Są one ciekawym urozmaiceniem rozgrywki i dodają lekkiego RPG’owego smaczku.

Samych kart w grze jest bardzo dużo, co przekłada się na różnorodność i całą masę umiejętności bohaterów, właściwości przedmiotów itp. Daje to mnóstwo regrywalności, bo po jednej czy kilku partiach wciąż nie będziecie znać wszystkich możliwości i będziecie chcieli eksplorować grę bardziej.

To ja go tnę! polecamy wszystkim, którzy lubią gry imprezowe z negatywną interakcją. Jak wspomnieliśmy – warto zainwestować w koszulki do kart, ale decyzję pozostawimy wam. Mimo że jest to gra losowa, to autorzy zaimplementowali różnego rodzaju modyfikatory do rzutów kośćmi. Pomijając fakt, że kart jest sporo i często będziecie musieli czytać na głos, co dany bohater potrafi, to gra jest bardzo regrywalna. Głównie dzięki poczuciu humoru oraz elementowi podkładania komuś świni. Jeśli szukacie fajnej i szybkiej imprezówki – to jest tytuł dla was.

 Nazwa: To ja go tnę!
Wydawnictwo: Rebel
Rok wydania: 2021
Grę najtaniej kupisz TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu Rebel za wysłanie egzemplarza recenzenckiego


Share:

4 wrz 2021

Rozwijaj swe włości i wygrywaj! - recenzja gry Zamki Toskanii

Wydawnictwo Rebel ogłaszając swoje tytuły na ten rok postanowiło pójść w różnych kierunkach, a jeden z nich to gry euro od uznanego autora – Stefana Felda. Najpierw Zamki Burgundii, które dla Was recenzowaliśmy dwukrotnie (wersja normalna oraz Big Box), a teraz Zamki Toskanii. Czy warto sięgnąć po ten drugi tytuł?

Zamki Toskanii to strategiczna gra planszowa dla 2 – 4 osób, gdzie jedna partia to około 60 minut rozgrywki. W grze wcielamy się w księcia zamieszkującego tytułową Toskanię, który stara się rozwinąć swoje włości. W pudełku z grą znajdziecie: dwuczęściową planszę punktacji, 4 planszetki graczy, 12 kafli posiadłości, 157 żetonów, 150 kart, 42 drewniane elementy, instrukcję. Wykonanie jest bardzo dobre, do czego przyzwyczaił nas już zarówno Rebel, jak i oryginalny wydawca – Alea.

Same zasady są proste, choć trzeba zapamiętać, co oznaczają dane symbole. Gracze na początku gry otrzymują 3 kafle posiadłości, które układają wedle uznania obok siebie tak, by się stykały trzema szcześciokątami. Dodatkowo każdy gracz otrzymuje początkowy zamek oraz 21 kafelków włości, które umieszcza na swojej planszy w stosach po 7. Cała gra dzieli się na 3 fazy, a każda faza to seria rund rozgrywana pomiędzy graczami. W swojej rundzie gracz może wykonać jedną z trzech akcji: dobranie kart włości, wzięcie żetonu ze stołu i dodanie go do swojego magazynu, umieszczenie żetonu z magazynu w swojej posiadłości. Pierwsza akcja to dobranie 3 kart, które są wymagane przy umieszczaniu żetonów (o czym potem). Druga akcja to wzięcie żetonu ze stołu – wybieramy żeton, ale tylko taki, który w danym momencie moglibyśmy teoretycznie umieścić w swojej posiadłości (musi przylegać do już leżącego oraz pasować kolorem do regionu, na którym chcemy go umieścić). Po umieszczeniu żetonu w magazynie, bierzemy wierzchni żeton ze stosu od lewej i dokładamy go na środek stołu – jeżeli skończy się stos oznacza to zakończenie danej fazy. Ostatnia faza to umieszczenie włości z magazynu w swojej posiadłości – jak już wyżej wspomnieliśmy musi on spełniać pewne warunki. Dodatkowo, by umieścić żeton, musimy odrzucić dwie karty w jego kolorze lub odrzucić dwie karty w tym samym (innym niż żeton) kolorze by zastąpić jedną kartę. Po jego umieszczeniu, po pierwsze, korzystamy z jego właściwości (każdy rodzaj ma inne funkcje, niektóre przynoszą od razu punkty, inne dają nam kafelki bonusów czy pozostałe elementy wykorzystywane w trakcie rozgrywki), a następnie sprawdzamy, czy skończyliśmy region (czyli połączone ze sobą sześciokąty w tym samym kolorze). Jeżeli tak, to punktujemy za ten region (w zależności od wielkości: 1 – 1 pkt, 2 – 3 punkty, 3 – 6 punktów). Na koniec fazy transformujemy swoje punkty – w trakcie rozgrywki gracze mogą zdobywać zielone lub czerwone punkty, przy czym zielone na koniec każdej fazy są przemieniane na czerwone i NIE resetowane. I tak rozgrywamy 3 fazy, a po trzeciej wykonujemy końcową punktację. Gracz z największą liczbą punktów zostaje zwycięzcą.

Tak w skrócie wygląda rozgrywka. Jest jeszcze kilka zmiennych, dodatkowe bonusy dające więcej dobieranych kart, kamienie, które pozwalają wykonać dodatkową akcję, robotnicy pozwalający zastąpić kartę włości itd. Najbardziej dziwna dla nas jest tutaj punktacja. Jak na prostą grę, która ma wprowadzać graczy w tematy gier strategicznych, to powstawanie tutaj kuli śnieżnej może ich tylko do tego zniechęcić. Dobrze rozegrana pierwsza faza może nam już zapewnić zwycięstwo, gdyż można powiedzieć, że zdobyte tutaj punkty będą podliczane trzy razy, a jest to potem ciężko nadgonić. Choć sam pomysł jest ciekawy, to uważamy, że jest on najmniej zbalansowany z każdego elementu tejże gry.

Zamki Toskanii od razu kojarzyły się jako prostsza wersja mechanizmów i tematyki znanej z Zamków Burgundii. Choć jest tutaj wiele podobieństw, to są to różne gry, o różnej złożoności, innych mechanikach, innej punktacji. No i o innym progu wejścia – Zamki Burgundii to jednak tytuł dla już choć trochę ogranych graczy, a Toskania nada się dla początkujących.

Gdybyśmy mieli polecać gry Stefana Felda, to Zamki Toskanii znalazłaby się zdecydowanie za Zamkami Burgundii oraz za Bonfire, ale nadal jest to dla nas przyjemniejszy tytuł niż na przykład Jorvik. Jeżeli szukacie gry o prostych zasadach, nie oczekujecie, że gra będzie się pięknie prezentować na stole, ale za to będziecie mogli troszkę pogłówkować nad stołem, to Zamki Toskanii zdecydowanie się do tego nadadzą.



 Nazwa: Zamki Toskanii
Wydawnictwo: Rebel
Rok wydania: 2021
Grę najtaniej kupisz TUTAJ 











Share:

31 sie 2021

Czy warto mieć 3 Lamy? - recenzja gry LAMA

Pamiętacie grę Lato z komarami, którą dla Was recenzowaliśmy? Jeżeli nie wiecie, to jest to re-implementacja gry LAMA, która była nominowana do nagrody Spiel des Jahres w 2019 roku. Wydawnictwo Egmont postanowiło wydać 3 gry w 1, właśnie z serii LAMA, wracając tematem do korzeni. Czy warto sięgnąć po ten trójpak?

LAMA, wydana przez Egmont, zawiera 3 gry: Lamę podstawową, Lamę party oraz Lamę kościaną. W pudełku znajdziemy: 62 karty, 77 żetonów, 3 kostki lamy, 3 instrukcje. Wykonanie dobre, choć karty mogłyby być lepszej jakości, dzięki czemu wytrzymałyby jeszcze dłużej. Same rozgrywki to koło 20 minut, a zasiąść do nich może od 2 do 6 graczy.

Wariant lamy podstawowej jest niezmienny od tego w Lato z Komarami. Jeżeli chodzi o wariant rozgrywki Lama party, zawiera karty z „+”, które sprawiają, że po ich zagraniu rozgrywamy kolejną turę. Do wariantu podstawowego i wariantu party możemy dołożyć moduł „LAMA DRAMA”, który wprowadza do rozgrywki żeton Lamy Dramy, który kładzie się na środku stołu. Jeżeli któryś z graczy kładzie kartę Lamy na stosie, to oddaje jeden żeton o najniższym nominale na żeton Lamy Dramy. Jeżeli znajdzie się tam 5 żetonów, to kolejny gracz może położyć tylko kartę Lamy – w przeciwnym wypadku bierze wszystkie leżące żetony. Wariant kostkowy wymaga trochę innego przygotowania: na środku stołu rozkłada się 7 odkrytych kart – z każdej wartości po 1. Resztę kart się tasuje i każdy z graczy otrzymuje ich 6, które odsłania przed sobą. W swojej turze gracz może rzucić kostkami lub spasować. Po rzucie wybiera wartości na kartach przed sobą, które pasują do kości i odrzuca je. Jeżeli żadna kość nie pasuje, to musi wziąć karty z rzędu na środku stołu do siebie. Jeżeli ani przed sobą, ani na środku nie ma ani jednej pasującej karty, to gracz bierze wszystkie odrzucone w trakcie rozgrywki karty i kładzie je przed sobą, a następnie przechodzimy do punktacji. W każdym z wariantów gra się do 40 punktów – kto pierwszy je uzbiera, ten przegrywa.

Lama to szybka i prosta propozycja dla ludzi szukających gier na wyjazd. W tym pudełku znajdziemy 3 różne warianty, każdy cechuje się trochę innymi zasadami i innym podejściem do rozgrywki. W każdym z nich przyda się doza taktyki i łut szczęścia, szczególnie w wariancie kościanym.

My już od czasu Lata z Komarami wprowadziliśmy trochę własnych zasad, które utrudniają rozgrywkę i eliminują grę zachowawczą, czyli nie pasujemy. Polecamy Wam spróbować takiej rozgrywki, emocje gwarantowane!

Wydanie 3 gier z serii Lama w jednym pudełku to, naszym zdaniem, bardzo dobry ruch. Mamy tutaj 3 gry (a do dwóch jeszcze dodatkowy wariant), a w każdej z nich gracze znajdą coś dla siebie. Jest to dobra pozycja do zabrania w podróż, gdyż partie nie są długie, można ją rozłożyć w schronisku, czy na plaży i cieszyć się rozgrywką. Polecamy! 


Nazwa: LAMA
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2021
Grę najtaniej kupisz TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za wysłanie egzemplarza recenzenckiego
Egmont - Kraina Planszówek






Share:

30 sie 2021

Zostań mechanicznym producentem żywności – recenzja gry Botanik

W dobie, gdy populacja ludzka wciąż rośnie, zapotrzebowanie na żywność także wzrasta. Naukowcy wciąż poszukują nowych technologii, jak produkować żywność jeszcze szybciej. Na szczęście z pomocą przychodzi bohaterka najnowszej gry planszowej wydawnictwa Rebel – pani Beatrix Bury, która opracowała technologię mechanicznej hodowli różnego rodzaju pożywienia. Wraz z nią opowiemy wam o grze Botanik.

Botanik to kafelkowa gra planszowa dla dwóch graczy w wieku 10+. I chociaż Pani Bury żyje na fantastycznym świecie Forharms, to kto wie – może ktoś z was, po przeczytaniu tej recenzji, dostanie przebłysku i opracuje przełomową technologię na naszej rodzimej planecie? W grze Botanik musimy uratować planetę zagrożoną toksycznymi oparami i korozjami. Uczynimy to przez zbudowanie maszyny, która będzie produkowała tropikalne rośliny, warzywa i owoce. Gracz, który zbuduje najbardziej efektywną maszynę, dającą najwięcej punktów – zwycięży.

Gra Botanik przychodzi do nas w małym pudełku. Po jego otwarciu rzuca się w oczy krótka, zwięzła i dobrze napisana instrukcja. Ostatnia jej strona poświęcona jest autorom gry – pokrótce przybliża nam sylwetki twórców. Następnie wyciągamy planszę, stylizowaną na dziennik Pani Bury, na którym po otwarciu będziemy kłaść kafle. I tu przechodzimy płynnie dalej, bo pod planszą schowana jest elegancka wypraska wraz ze wspomnianymi kafelkami, którymi będziemy się posługiwać w grze. Są one wykonane z twardszego kartonu, a żeton pierwszego gracza to swego rodzaju wisienka na torcie. Szata graficzna to steampunkowa wariacja na temat szalonych naukowców, szeroko pojętej flory oraz… instalacji hydraulicznej. Ale jest na czym oko zawiesić!

Rozgrywkę przygotowuje się bardzo szybko – rozkładamy planszę, wybieramy pierwszego gracza, rozdajemy kafelki początkowe graczy, tasujemy pozostałe i tworzymy z nich stos (lub stosy – jak komu wygodniej) dobierania, a następnie odkrywamy i wykładamy 5 kafli na polu centralnym planszy. Tyle. Jesteście gotowi, by zacząć budować maszynę, która będzie produkowała żywność i rośliny. Gra składa się z serii rund, z których każda przebiega bardzo podobnie. Aktywny gracz dobiera 3 kafelki i umieszcza je odkryte w pobliżu planszy. Następnie, zaczynając od aktywnego, gracze rozgrywają swoje tury, umieszczając po 1 kafelku na dzienniku Pani Bury (na planszy głównej). Gdy pula 3 kafli się wyczerpie – zmienia się aktywny gracz i działacie według powyższego schematu do momentu, gdy na planszę zostanie dołożony ostatni kafelek. Wtedy przechodzicie do punktowania, a gracz z największą liczbą punktów wygrywa grę.

Czy budowa takiej skomplikowanej maszyny może być taka prosta? Otóż trzeba się lekko nagłówkować, by zadziałała jak najlepiej. Dokładając kafelki z puli, możecie je dołożyć na planszę na strefie bliżej siebie, albo na środkową strefę planszy. Są dwie zasady dotyczące umieszczania kafli po swojej stronie planszy – pole musi być wolne, a umieszczany kafelek musi łączyć się z kaflem centralnym (musi się zgadzać typ lub kolor). Chcąc położyć kafel na dowolnym stosie centralnym, nie ma żadnych ograniczeń. Musicie jednak sprawdzić, czy po umieszczeniu go, kafelki w danej kolumnie (po obu stronach) w dalszym ciągu łączą się z nowym kafelkiem centralnym (typem lub kolorem). Każdy kafelek, który utracił takie połączenie, zostaje uwolniony. Znaczy to tyle, że możecie go przenieść i dodać do swojej maszyny – ważne, by w maszynie stykał się przynajmniej jedną ścianką z już istniejącym kaflem i rury lub ściany były ze sobą połączone.

Nam gra Botanik bardzo przypadła do gustu. Tytuł ten oferuje sporo emocji i ciekawą mechanikę pobierania kafli – najpierw upatrzony kafelek kładziemy na planszy, a dopiero na późniejszym etapie „odłączamy” go, aby móc dołożyć do naszej maszyny. Rozgrywki wymagają sporej dawki móżdżenia, bo decyzje musimy podejmować, bazując na potrzebach własnych, ale i przeciwnika. W końcu dla siebie chcemy lepiej.

Botanik to niepozorna gra kafelkowa, w którą możecie zagrać kilka partyjek z rzędu. Jesteśmy przekonani, że na jednej grze się nie skończy przy jednym posiedzeniu. Bo nie dość, że musimy kombinować jak najefektywniej łączyć kafle, to jeszcze rywalizujemy z przeciwnikiem. Z pewnością przypadnie do gustu osobom, które lubią gry logiczne z elementem planowania.

Botanik to solidnie wydana gra kafelkowa wydawnictwa Rebel. Zasady tłumaczy się w parę chwil, ilustracje są bardzo ładne i klimatyczne (chociaż sama gra już nie jest klimatyczna). Szkoda tylko, że jest to gra dwuosobowa. Gdyby ją trochę przeprojektować, to byłby to dobry tytuł nawet dla 3 lub 4 osób. Zdecydowanie polecamy zagrać w grę Botanik!


 Nazwa: Botanik
Wydawnictwo: Rebel
Rok wydania: 2021
Grę najtaniej kupisz TUTAJ 


 
Share:

26 sie 2021

Zbuduj bulwar i ściągnij turystów! - recenzja gry Santa Monica

Choć okres wakacyjny dobiega już końca, to wydawnictwo Foxgames nie odpuszcza i zaprasza nas do Kalifornii, a konkretniej do Santa Monica – nadbrzeżnego miasta tętniącego życiem. Czy ten wakacyjny tytuł sprawdzi się też w inne, zimniejsze dni? Sprawdźmy!
 
Santa Monica to gra planszowa dla 2 – 4 graczy w wieku powyżej 14 lat, w której będziemy starali się stworzyć najatrakcyjniejszy turystycznie bulwar. W dużym pudełku z grą znajdziemy: 78 kart krajobrazów, 4 karty pomocy, 6 startowych płytek krajobrazów, 4 płytki piaskowych dolarów, 3 płytki celów, 28 żetonów śladów stóp, 25 piaskowych dolarów, 30 drewnianych mieszkańców, 30 drewnianych turystów, 8 drewnianych celebrytów, 4 płytki mnożnika, znacznik pierwszego gracza, notes oraz instrukcję. Wykonanie gry jest naszym zdaniem bardzo dobre, karty są OK., płytki, kafelki i drewna są bardzo dobrej jakości, więc gra nie zniszczy się szybko od normalnych rozgrywek.
 
Zasady gry są proste. W swojej turze gracze wykonują kolejno 3 rzeczy: Dobierają i dokładają kartę krajobrazu, wykonują specjalną akcję karty, uzupełniają tor kart. Karty krajobrazu dzielą się na dwa typy – plaże i bulwary, które układamy w górnym lub w dolnym rzędzie obok swojej planszetki startowej. Każda karta może przynieść nam korzyści natychmiastowe (na przykład mieszkańców, dolary itd.), punkty na koniec gry za dane zestawy czy za sąsiedztwo oraz może posiadać obszary, do których będziemy starali się przesuwać celebrytów, mieszkańców i turystów. Nie ma tutaj jednej ustalonej punktacji, wszystko zależy od tego, jak i gdzie będziecie dokładać karty krajobrazów. Punktować na koniec gry mogą zestawy tych samych kart lub kart z symbolami, posiadane symbole, posiadane drewniane piony w obszarach, dolary i wiele, wiele innych kwestii. Ciekawą mechaniką jest rynek z którego pozyskujemy karty – jest on układany w dwóch rzędach, gdzie wybierać możemy karty tylko z dolnego, a w ich miejsce „wskakuje” karta z góry. Z jednej strony jest to zapowiedź tego co zaraz może wpaść, a drugiej, dzięki płytkom piaskowych dolarów (które pozwalają wykonać inne, specjalne akcje zamiast głównej), możemy dopłacić, by dociągnąć kartę z górnego rzędu. Jest tutaj więc trochę planowania, więcej strategii no i podbieranie pasujących kart innym graczom! W grze trzeba balansować odpowiednio między posiadanymi zasobami, punktami i akcjami, bo na koniec gry możemy też zdobyć ujemne punkty za różne sytuacje (na niektórych kartach za złe sąsiedztwo są ujemne punkty, gracze z największą liczbą postaci poza obszarami itd.). Gra kończy się w momencie, gdy któryś z graczy będzie miał 14 kart przed sobą – wtedy dogrywamy rundę do końca i liczymy punkty.

Santa Monica to bardzo dobry i wciągający tytuł z kilku powodów. Po pierwsze same zasady są naprawdę proste, nie ma tutaj nic skomplikowanego, gracze co chwilę nie pytają „a co to było?” „a tak mogę?” itd., bo ikony są przejrzyste, a i wiele akcji do wyboru nie ma. Nie oznacza to jednak, że przy grze nie trzeba myśleć. Po prostu to myślenie zaczyna się w momencie wyboru karty, gdyż musi on być najbardziej optymalny oraz docelowo chcemy, by przyniósł nam jak najwięcej punktów zwycięstwa.

Kolejną ważną kwestią jest tutaj poczucie humoru. W grze jest bardzo wiele smaczków i gierek językowych, które wprawiają w dobry nastrój. Jednym z naszych ulubionych jest sklep z Tacosami o dźwięcznej nazwie „Jako Taco” czy „Morskie wiadom – ości”

Gra jest też bardzo luźna, gracze pomiędzy swoimi turami albo przyglądają się swoim kartom, by coś ulepszyć, albo dopatrują się u innych graczy jak im przeszkodzić, ale to wszystko odbywa się raczej w spokojnym tempie i luźniejszej atmosferze, a chwila zatrzymania i punkt kulminacyjny jest podczas liczenia punktów.

Santa Monica to dobra, prosta gra rodzinna, którą możemy polecić każdemu, kto szuka gier z prostymi zasadami, ale w których da się pomyśleć. Gra wydana jest w bardzo ładny, estetyczny i czytelny sposób, dzięki czemu można do niej zasiąść w gronie graczy mniej, jak i bardziej zaawansowanych, co jest jej kolejnym plusem. Polecamy!



Nazwa: Santa Monica
Wydawnictwo: FoxGames
Rok wydania: 2021
Grę najtaniej kupisz TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu FoxGames wysłanie egzemplarza recenzenckiego







Share:

24 sie 2021

Planszówka i gra fabularna w jednym? - recenzja gry paragrafowej Tkacze Burz

Od czasu do czasu na łamach naszego bloga pojawiają się recenzje gier niebędących planszówkami. Mieliśmy przyjemność przedstawić wam zestaw startowy do D&D, czy też niejeden komiks paragrafowy. W dzisiejszym artykule zaprezentujemy połączenie trzech rodzajów gier – planszówkiRPG’a i książki paragrafowej. Jesteście zainteresowani? Czytajcie dalej!

Tkacze Burz wydawnictwa Other Worlds to jednoosobowa gra przygodowa w formie książki, w której to wy decydujecie o tym, jak potoczy się historia. Po przeczytaniu każdego paragrafu trzeba podjąć pewien wybór, który odeśle was do kolejnego, oznaczonego innym numerem. Do wyboru zawsze jest kilka opcji i to w zależności od waszych wyborów tak będzie się toczyć fabuła.

Tkacze Burz jak wspomnieliśmy, są książką – grubą, w twardej oprawie z klimatyczną komiksową ilustracją na okładce. Oprócz tego dostajemy w pakiecie wydrukowane karty postaci, tekturowe figurki do wyciśnięcia z wypraski oraz plansze, na których będą toczone pojedynki. Jest ich kilka do wyboru – od łąki z rzeką do podziemnych komnat, ale to książka nam w odpowiednim momencie powie, której planszy mamy używać w danym momencie. Całość stoi na wysokim poziomie wykonania, a nam bardzo przypadła do gustu zakładka, która jest jednocześnie kartą pomocy. Dwa w jednym! W zestawie brakuje nam tylko kostek sześciennych, które są potrzebne to wykonywania testów. Więc jeśli nie posiadacie takowych w domu – musicie się zaopatrzyć na własną rękę.

Nie będziemy wam psuć zabawy, pisząc tutaj jakiekolwiek spojlery. To, co musicie wiedzieć to fakt, że wcielacie się w postać krasnoluda, który zaciągnął się do armii, gdyż nie chciał osiąść w kopalni w rodzinnej miejscowości. Na wyprawie, podczas jednego z postojów, ktoś przypuścił niespodziewany atak na królewski namiot i… Tyle. Dalej fabuła rozwija się bardzo szybko i zachęcamy do poznania jej na własną rękę. Od tej pory to wy decydujecie, jak potoczy się historia. Po przeczytaniu każdego paragrafu autor gry daje nam parę możliwości i wyborów, które możemy podjąć. Na przykład, czy szturmem zdobyć warownię orków, czy po cichu. A może poczekacie, aż orki się upiją i wtedy zaatakujecie tylko wartownika? Albo zrzucicie na głowę orka obluzowany kamień? Zależnie od waszego wyboru – konsekwencje będą inne.

Oprócz mnóstwa wyborów fabularnych, w grze czekają nas też różnego rodzaju testy, jak na grę RPG przystało. Te wykonuje się bardzo prosto i są też przystępnie opisane w zasadach gry na początku książki. Trochę bardziej skomplikowane są zasady walki, ale i one są świetnie wyjaśnione, więc nie powinniście mieć problemu z ich zrozumieniem. Może się zdarzyć, że podczas kilku swoich pierwszych walk, będziecie często zaglądać do zasad, ale nie jest ich dużo i szybko sobie je przyswoicie. Najlepszą rzeczą jest to, że po skończeniu gry możecie zagrać w nią ponownie! Tym razem zmieniając początkowe statystki bohatera i wybierając inne rozwiązania fabularne. Dzięki temu czekają was długie i wspaniałe godziny w świecie Tkaczy Burz.

A sam świat, jak go autor opisuje w przewodniku z tyłu książki, to wizja alternatywnej średniowiecznej Europy, którą władają dawni bogowie i mityczne stwory. Wciągając się w kolejne strony Tkaczy Burz, nie tylko będziecie poznawać fabułę, ale poczujecie też klimat tamtejszej krainy. My się daliśmy wciągnąć i nie pożałowaliśmy.

Tkacze Burz, jak wspominaliśmy, to fabularna gra RPG, planszówka i komiks paragrafowy w jednym. Dlaczego gra fabularna? Wyjaśniliśmy już, że podejmując decyzje, odkrywamy dalszą historię. Tak jak w gotowych scenariuszach do innych gier fabularnych, np. D&D. Warto tylko dodać, że tutaj Mistrzem Gry jest książka, a nie człowiek. To z książki dowiadujemy się, jak stworzyć postać, jak ją awansować i kiedy mamy prowadzić potyczki, czy testować swoje cechy, aby odkryć, czy udało się nam coś zrobić bądź nie. W kwestii planszówki – bardzo świetnym pomysłem jest tutaj temat kartonowych figurek i plansz, którymi sterujemy podczas bitw. Jest to zdecydowanie wartość dodana do gry fabularnej i dzięki temu nasze walki nie są tylko zwykłymi rzutami kośćmi, jak w przypadku innych gier, ale dochodzi tutaj także strategia ruchów i wykorzystywanie terenu do ataków specjalnych.

Tkacze Burz to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów komiksów paragrafowych, ale uważamy, że grę doceni każdy, kto lubi dobrą historię. Mimo że tytuł jest jednoosobowy, to jesteśmy przekonani, że da się zagrać w towarzystwie drugiej połówki czy z dziećmi, jeśli chcecie pobudzić ich wyobraźnię. Bardzo polecamy tę grę ze względu na historię, ale i nietuzinkowe połączenie gry fabularnej z planszówką.

 

Nazwa: Tkacze Burz
Wydawnictwo: Other Worlds
Rok wydania: 2021

Dziękujemy wydawnictwu Other Worlds za wysłanie egzemplarza recenzenckiego


 

 

 

Share:

Ścisła współpraca

My na Facebooku

Labels

Blog Archive