2 sie 2017

Kiedy gra przestaje być tylko grą – Recenzja gry Papo & Yo

Recenzję tej gry piszę trzy lata po jej ukończeniu. Dlaczego? Ponieważ do dziś dokładnie ją pamiętam, przeżywam i uważam, że warto polecić Wam tę akurat pozycję.

Papo & Yo to gra niezależnego studia Minority Media wydana w 2012 roku na platformę PlayStation 3. Rok później ten tytuł ukazał się na PC (Steam). Nad tytułem pracowało zaledwie kilka osób pod przewodnictwem pochodzącego z Kolumbii Vandera Caballero, który był pomysłodawcą całego projektu i założycielem pracującego z nim zespołu.Papo & Yo łączy w zmyślny sposób elementy platformówek z grą przygodową i logiczną. Na początku przygody elementy łamigłówek mogą wydawać się nam nieco nie zrozumiałe jednak po 15 minutach i poznaniu bohaterów wsiąkamy w świat południowoamerykańskich faveli.

Quico, nasz główny bohater przemierza świat gry w towarzystwie sprytnego robota Lula oraz wielkiego różowego Potwora który mimo groźnego wyglądu jest zazwyczaj przyjacielski. Początkowo wywołuje u gracza lęk, niepokój ale szybko okazuje się, że jest lekko głupkowaty, powolny lecz ma spokojne usposobienie a jego wielki brzuch świetnie służy nam za trampolinę. Na niektórych poziomach pojawia się też nasza przyjaciółka Alejandra. Malowniczy świat gry oraz wspaniała muzyka pochłonęły mnie od początku pomimo, że cel gry nie był jasno określony. Ot przemierzanie kolejnych poziomów, „dzielnic” miasteczka i tyle.  Każda łamigłówka jednak prowadziła do następnej, i następnej i następnej… I tak w toku rozwiązywania łamigłówek (przestawianie otoczenia, szukanie dźwigni itp.) zaczęła wyłaniać się fabuła która, z każdym poziomem stawała się coraz bardziej niepokojąca.

Okazuje się bowiem, że nasz wielki towarzysz ma słabość do trujących żab po zjedzeniu których, staje się groźną, nieobliczalną bestią. W przypływie furii w pewnym momencie zjada Alejandrę. Przez grę musimy przejść prowadząc potwora „za rączkę”, pilnując by nie zjadał trujących żab, cały czas jednak szukać rozwiązania umożliwiającego przejście na kolejny poziom.  W toku zabawy zaczynają pojawiać się retrospekcje z szarego świata naszego bohatera Quico. I nagle dostrzegamy co łączy Quico i Potwora. I nie będę tu zdradzać tej relacji ponieważ doskonale pamiętam uczucie które wywołało we mnie to odkrycie. Jeszcze bardziej pamiętam emocje wywołane przez zrozumienie związku Potwora z trującymi żabami.

Przemierzane favele czyli brazylijskie slumsy są niesamowicie malownicze, kolorowe ale jednocześnie puste co sprawia, że czujemy się jakby we śnie. Tylko Quico, Lula i Potwór. Poszczególne lokacje ozdobione są autentycznym graffiti występujące na ulicach Sao Paulo i Santiago. Muzyka stanowi wspaniałe dopełnienie tego świata, południowoamerykańskie delikatne brzmienia są wręcz hipnotyzujące.

Klimat panujący w grze jest ciężki. To nie jest kolejna gra w której ratujemy świat. To nie jest historia o przyjaźni chłopca i potwora. Ta gra to spowiedź i terapia jej twórcy i autora. Wchodzimy w niezwykle intymne wyznanie i musimy się z nim zmierzyć. I choć o Papo & Yo w sieci zostało napisane już wszystko (łącznie ze szczegółowym opisem fabuły i jej znaczenia) to ja postanowiłam napisać jeszcze te parę słów od siebie. Nie zdradzam zbyt wiele bo jeżeli kogoś tą recenzją mam zachęcić do gry to uważam, że sam powinien odkryć co autor chciał tą produkcją nam powiedzieć. 

Gra na Steamie dostępna jest za 15 euro i jest warta tych pieniędzy. To jest pozycja którą dokładnie potrafię opisać 3 lata po jej ukończeniu, choć w tym czasie przeszłam całe mnóstwo innych tytułów. Jeżeli zatem drogi czytelniku chcesz odpocząć od kolejnego samograja, kolejnej strzelanki czy gry o ratowaniu świata to ta pozycja jest dla Ciebie.
Share:

2 komentarze:

My na Facebooku

Labels